|
Weekendowy wypad nad Bałtyk |
|
|

Czas na zaległą relację z weekendowego wypadu nad Bałtyk z kolegami z IPA Cieszyn II :-)
Moje plany wędkarskie były bogate mimo niewielkiej ilości czasu do dyspozycji - surfcasting, spinning z nastawieniem na belonę i rejs na dorsza. Pierwszy dzień upłynął pod znakiem porywistego wiatru i bezskutecznych łowów...


Ani spinning ani surfcasting nie przyniosły do wieczora żadnych efektów. Te kilka godzin na plaży wytrzymałem wyłącznie dzięki namiotowi, który był niemiłosiernie masakrowany przez wiatr.

Wieczorem przezbrojenie - kołowrotki wędrują na kije dorszowe, nawijanie plecionki itd. Rozmowy i analizy nad pudełkami z przynętami przeciągnęły się aż za długo ;-)
Rano ładujemy się na kuter, tak jak dziesiątki innych wędkarzy:

O siódmej ruszamy:

W porcie wędkarze ćwiczą flądry:

Na łowisko płyniemy dwie godziny:

Z rybami było naprawdę ciężko. Szyper bardzo się nakombinował żeby wszyscy coś połowili. Zamiast o 15 spłynęliśmy o 18.30 - bez żadnej dopłaty. Za to duże brawa dla szypra. Odpłynęliśmy naprawdę daleko od brzegu (powrót prawie 3 godziny). Można było zobaczyć nawet takie jednostki:

Pierwszy raz łowiłem na 80 metrach i trzeba przyznać, że to bardzo ciężka robota ;-) Nagrodą za wysiłek były ryby. Nie okazy ale dobrze, że chociaż takie udawało się dłubać:

W pewnym momencie zaczep - ciśnienie rośnie, bo zaczep udaje się oderwać i mozolnie pompować :-) Przez dobre 10 minut ciągnę dorsza życia. Kij gnie się do granic wytrzymałości - ja mam miękkie nogi :-) Tymczasem moim oczom ukazuje się takie cholerstwo:

Plątanina betonu, stali i lin ważąca chyba z 10 kg pięknie pracowała na kiju ;-) W każdym razie, co miałem emocji to moje. Na marginesie - po tym "holu" byłem pod wielkim wrażeniem kija Jaxon XT-Pro, wygranego w jednym z konkursów organizowanych na stronach haczyk.pl. Pompowałem naprawdę z całej siły a wędka nawet się nie zająknęła.
Wreszcie spływamy do portu - ostatnie napłynięcia uratowały honor wyprawy.

W porcie ważenie rybek. To z powodu towarzyskich zawodów naszego grona.

Nawet udało mi się osiągnąć najlepszy wynik wagowy ;-)

Kolejny dzień to ostatnie kilka godzin nad morzem na odsypianie dorszowania i grillowania. W drodze powrotnej krótki postój w Rozewiu. Na tą okazję miałem pod ręką przygotowany spinning:

Brak spodniobutów oczywiście utrudniał życie, ale udało się nawiązać kontakt z upragnioną belonką :-)

Podsumowując. Wypad na pewno udany, zebrane mnóstwo nowych doświadczeń i spostrzeżeń. Nie mogę się doczekać następnej morskiej wyprawy :-)
Tomek1
Komentarze (0)
|
|
|