
Strona główna
Jak było na rybach...
Wyprawa życia
Jak było na rybach...
Wyprawa życia
mXcomment 1.0.7 © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
| Wyprawa życia |
|
|
| Autor: Jacek | |
| 11.07.2010. | |
![]() Wczorajszą wyprawę na ryby mogę śmiało nazwać wyprawą życia. Założenia były skromne - upał straszliwy, więc jedziemy z dziewczyną spędzić czas gdzieś nad wodą. Wylądowaliśmy nad jednym z zachodniopomorskich jezior ok. godz. 13.00, wypożyczyliśmy łódkę na cały dzień, i ruszyliśmy na wodę. Jezioro generalnie jest bardzo płytkie, powiosłowałem więc na tą część, gdzie jest nieco głębiej - do ok. 3-4 m, wychodząc z założenia, że ryby w ponad 30-sto stopniowym upale też mogą szukać ochłody w nieco zimniejszej wodzie. Metodą łowienia był oczywiście spinning, z nastawieniem na małe i średnie szczupaki które na ogół tam się trafiają. Nie spodziewałem się w zasadzie żadnych sukcesów - żar lał się z bezchmurnego nieba, a woda jak lustro. Przez pierwsze dwie godziny zerowe efekty potwierdzały moje przewidywania. Próbowałem wszystkich możliwych przynęt - od dużych ale lekkich wahadłówek, przez slidery, mniejsze i większe obrotówki, po wszelakiego asortymentu gumy. W końcu mój wybór padł na woblerka Rapali wielkości 7 cm, schodzącego do ok. 2 m. Dostałem go na swoje urodziny, i jak się później okazało był to szczęśliwy prezent. Było tak gorąco, że moja dziewczyna wskoczyła do wody się ochłodzić, bawiąc się przy okazji naszym wodoszczelnym aparatem. Pływała dookoła łódki, gdy poczułem mocne uderzenie w wolno prowadzonego woblerka. Czułem że to średniej wielkości szczupak, była okazja nakręcić ciekawe zdjęcia z holu - Agnieszka włączyła aparat, czego efektem jest ten filmik, pokazujący hol częściowo pod wodą: Szczupak miał 59 cm. Byłem zadowolony, wiedząc że nie wrócę o kiju, ale przede mną było jeszcze sporo łowienia. Problemem był niesamowity żar i brak cienia. Wskakiwałem do wody chcąc się ochłodzić, ale niestety woda była jak zupa. Pomógł w końcu ręcznik założony na głowę, co widać na jednym z poniższych zdjęć. Wyglądało głupio, było w tym gorąco, ale przynajmniej przestała boleć głowa od słońca. W międzyczasie złowiłem jeszcze dwa krótkie szczupaczki, po ok. 35 cm, i dwa okonie ok. 25 cm: ![]() Cały czas łowiłem na tą rapalkę. Dokładnie o godz. 18.00 łowiłem sobie siedząc na burcie i trzymając nogi w wodzie, gdy tuż przy łódce mocne uderzenie, i po króciutkim holu wyciągnąłem szczupaczka 48 cm: ![]() Ten się odpłacił mi za swoja krzywdę. Przy wyciąganiu go z wody splątał się wobler z plecionką. Zamiast najpierw odczepić rybę, złapałem za woblera i odczepiałem linkę, mówiąc jednocześnie do Agnieszki, że tak nie wolno robić, bo wystarczy że szczupak się teraz szarpnie, to będę miał kotwiczkę w palcu. No i zgadnijcie co szczupak zrobił, haha. Oczywiście się szarpnął, wbijając głęboko kotwiczkę w palca, ja wrzasnąłem, na szczęście następnym szarpnięciem mi ja wyrwał, bo sam miałbym pewnie z tym problem. Krew poleciała ciurkiem, ale zawinąłem palca i humor mimo wszystko mnie nie opuszczał. Wszystkie szczupaki i okonie wróciły całe i zdrowe do wody. Cały czas rzucając, zaczęliśmy już spływać w stronę przystani. Liczyłem, że wraz z ochłodzeniem wkrótce całe to towarzystwo w jeziorze się ożywi, więc jeszcze coś się uda złowić. Było tuż przed 19.00, gdy Rapalkę coś zatrzymało. A potem zaczęło sobie płynąć, wyciągając plecionkę jakbym zahaczył pociąg towarowy. Już po kilkunastu sekundach powiedziałem do Agnieszki , że mam na haku rybę życia. W tym momencie czas na opis sprzętu, jakiego używałem. Jak pisałem, nastawiałem się najwyżej na średnie szczupaki, więc używałem kija Daiwa Infinity-Q cw 7-28 g, plecionka PP 0,13 mm, na końcu zestawu poza woblerem znajdował się przypon wolframowy produkcji Kongera do 10 kg, na który wyciągnąłem już tego dnia 6 ryb, agrafka była już nieco sfatygowana a sama linka nieco postrzępiona. Ogólnie rzecz biorąc, hmm, na duże ryby to nie byłem przygotowany. Najmocniejszym punktem ekwipunku, jak się okazało kluczowym, był dobry kołowrotek z precyzyjnym hamulcem - Shimano TwinPower 4000. Wracając do holu. Przez chwilę myślałem że to naprawdę duży szczupak. Ale ryba nie szarpała, tylko po prostu sunęła, a poza tym trzymała się mocno dna. Może więc duży sandacz? Ale po chwili nie miałem już wątpliwości. Tak może walczyć tylko jedna ryba, król naszych wód, czyli sum. Poprosiłem Agę żeby wyciągnęła obie kotwice i ryba zaczęła nas ciągnąć. W tej fazie walki czułem się po prostu bezradny jak dziecko. Odjazdy momentami były niesamowicie gwałtowne, nigdy nie miałem do czynienia z czymś takim, a jazgot kołowrotka i trącej o przelotki plecionki brzmiał jak silnik bolidu Formuły 1 na najwyższych obrotach. Po kilkunastu minutach udało się suma podciągnąć do łódki. W świetle tego, co działo się później, to tak naprawdę myślę że to sum chciał sobie zerknąć co to za stworzenia zawracają mu głowę, gdyż następnym razem ujrzeliśmy go za dobre kilkadziesiąt minut. W momencie gdy to cielsko wynurzyło się z zielonej głębi - Mam filmik nagrany w tym momencie, ale go nie pokażę, bo w głosie Agnieszki słychać autentyczną panikę, wydawała jakieś nieskoordynowane dźwięki. Pode mną ugięły się nogi, i zwątpiłem że to może się dobrze skończyć. Wyglądało to mniej więcej tak, to jest zrzucony screen z filmu: ![]() Myślałem też, że życie bywa dowcipne - na ten sezon moim celem, poza trocią, było złowienie wymiarowego suma. Ale niekoniecznie musiał mi się zaraz wieszać na lekkiej wędeczce jakiś potwór! Ryba przewiozła nas przez dużą cześć jeziora, i dotarła chyba do jakieś swojej dziury, bo się zatrzymała, a ja podejmowałem próby aby ją podciągnąć na powierzchnię. Po kilkudziesięciu minutach zaczęło mi się udawać, ryba podchodziła do powierzchni, łykała powietrza, ale wciąż była niesamowicie silna, i później jakby bez wysiłku wracała do dna, a ja nie mogłem jej zatrzymać. Podpłynął do nas na łódce z silnikiem elektrycznym pewien Niemiec, i zaczął asystować pływając dookoła i oglądając rybę na ekranie echosondy. Udzielał mi też różnych porad, za co może i byłbym wdzięczny, gdyby nie to, że on nie mówił ani słowa po angielsku, a ja po niemiecku, poza "Teufel" pod adresem ryby (niem. diabeł), oraz "Ich kaputt", co miało opisywać poziom mojego zmęczenia, hehe Filmik z tej fazy holu, widać suma pod wodą: Fotki: ![]() ![]() Coraz częściej miałem rybę przy łódce, zacząłem wierzyć, że może się udać. Jak do tej pory byłem ostrożny, skoncentrowany, i nie popełniłem żadnego błędu. Zastanawiałem się, w jaki sposób wciągnąć suma do łódki. Mój podbierak nadawałby się ewentualnie na przewiewną czapkę dla tej ryby. Niemiec dał mi swój, dużo większy, ale próby podebrania jej skazane były z góry na porażkę: ![]() Za każdym razem gdy udawało mi się rybę podciągnąć do łódki, dotykałem jej, po czym następował następny gwałtowny odjazd: Dokładnie po półtorej godzinie holu, przyszedł jednak moment gdy sum był tak zmęczony, że dał się złapać po pokrywy skrzelowe, i wciągnąłem go do łódki. Pomógł mi w tym Niemiec, przytrzymując w tym momencie wędzisko. Dodam, że Niemiec pływał z nami już ponad godzinę, i właśnie w tym momencie zaczynał się mecz o 3-cie miejsce w Mistrzostwach Świata, z udziałem Niemców właśnie, więc naprawdę szacunek dla tego Pana za cierpliwość i pomoc. Na koniec odholował nas jeszcze do przystani, więc nie musiałem wiosłować. Ale wracając do szczęśliwego zakończenia holu (proszę tyko wybaczyć krzyki i panikę Agnieszki, ale nie co dzień znajduje się w jednej łódce z półtorametrowym oślizgłym potworem): Sum mierzył dokładnie 148 cm, i ważył ok. 20 kg ![]() Szacuneczek dla mojego sprzętu, który trzeszczał, stękał, ale wytrzymał... ![]() W szczęśliwej Rapalce rozgięło się tylne kółeczko łącznikowe więc kotwiczka w trakcie holu oddzieliła się od woblera, a w przedniej kotwiczce jedyny grot na którym trzymał się sum był prawie rozgięty, więc naprawdę miałem dużo szczęścia. Kończąc opis, zamieszczam portret tego niesamowitego stworzenia: ![]() Jacek
|
mXcomment 1.0.7 © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|

































