Trochę z powodów zawodowych, a trochę też zdrowotnych przez ostatnie dwa tygodnie nie byłem nad rzeką. Dziś wreszcie nie do końca jeszcze zdrowy zebrałem się w sobie i pojechałem. Dwa tygodnie, zwłaszcza w okresie przejściowym to przepaść, dlatego jak zawsze w takich sytuacjach stając nad rzeką czułem się jakbym pierwszy raz trzymał kij w ręku.
Uważam tak samo, a nawet pójdę krok dalej i powiem, że od niepamiętnych czasów to mój ulubiony miesiąc wędkarski, tym bardziej byłem zły, że tak mi się tym razem niepoukładało. Postanowiłem poszukać szczupaka, by domknąć tabelkę szczupakowo-sandaczową. Próbowałem na lekko przy brzegu, ciężej w warkoczach i na napływach... - nic. Przypomniał mi się wpis @Marienty
i choć lubię te przynęty, to jednak rozmiary, których używał dla mnie są kosmiczne. Piątki to chyba nigdy nawet nie kupiłem, ale jakaś czwóreczka się znalazła i jakby na potwierdzenie niedługo później dała mi okonka. To był jedyny kontakt. Miałem plan, że do 16ej idę przed siebie, a potem wracam, żeby za widna dotrzeć do auta, więc zawróciłem. Wróciłem do niedawno rozdziewiczonej gumeczki od Westina. W zasięgu rzutu miałem niegdyś wymacaną... w sumie nie wiem co. To chyba jakaś stara rafka, a może rozsypana opaska. To taki garbik 15m od brzegu, ma może z 1,5m głębokości i jest wyłożony pojedyńczymi kamieniami. Fajna letnia miejscówka. Gdy do niej dotarłem zaczęło wiać, a nawet padać, zrobiło się zimno... tak jak lubię. Macałem sobie gumą te kamyki na tym garbiku i w końcu doczekałem się porządnego strzału. Okazało się, że to fajny boleń. Fotka, buziak i do wody, a zaraz za rybą guma w to samo miejsce. Tylko musnęła pierwszy kamień i kolejny porządny strzał. Tym razem gumka ściągnięta z haka. I co? Przestało padać, wiać, a nawet wyszło słońce - to wszystko dosłownie w ciągu minuty. Oczywiście było już po wszystkim, mimo że kręciłem się wokół tego miejsca pewnie z godzinę. Po prostu miałem farta i trafiłem na tę krócitką chwilę będąc jednocześnie w odpowiednim miejscu.