Cześć.
Tak planuję dzień, by wytargować, chociaż półtorej godziny i być przed zmierzchem nad Odrą. Ostatnio opłaciło się połowicznie. Z jednej strony, za każdym wyjściem miałem brania, a z drugiej, niestety tych najciekawszych nie potrafiłem poprawnie zakończyć. W sumie wypracowałem kilkanaście akcji, od poniedziałku, do czwartku. Kilka sandaczy wyjętych i jeden boleń. Jeden porządny sandacz spadł. W piątek dokładnie o tej samej porze wyszedłem i byłem na miejscu o 14:30. Do zmierzchu powinienem wytrzymać. Wiatr mniej dokuczliwy niż dzień wcześniej. Przez godzinę nic. Uwziąłem się na gumę Westin ShadTeez Fire Perch 10 cm z główką 5 g. Coś w niej jest, że praktycznie nie rozstaję się i większość czasu nimi łowię. To się z niczego nie bierze. Praca tej gumy, tej 10 cm na główce 5 do 6 g jest perfekcyjna. I kolor dla sandaczy jest jak płachta na byki. Ledwo pomyślałem, że tego dnia dobra passa została przerwana i bum. Mam branie. Walka już przeniosła się do powierzchni. Dziwnie te duże sztuki się zachowują. Jakbym nie widział, to można by podejrzewać, że takie młynki robi troć. Ale to był sandacz. Zresztą ciężki. Niestety po kolejnym młynie przy powierzchni, guma się wypina. Zrobiło się gorąco. Całkiem bez wiary przeszedłem na miejsce po stacjonarnych wędkarzach. Zrobiło się więcej miejsca. W pierwszym rzucie, w połowie opadu mam kolejne branie. Tym razem staram się spokojniej podejść do sprawy. Ale jak tu zachować spokój, gdy ta lokomotywka zaczyna dyktować warunki. Po kilkunastu sekundach i kilku metrach oddanej plecionki przegrywam ponownie. Cóż, u mnie to nie pierwszyzna:) Plusem jest to, że miejsce w końcu zaczęło "żyć". Bo ostatnie dwa sezony było tam bardzo słabo.
pzdr.