Skocz do zawartości
przewodnicywedkarscy.pl

Leaderboard

  1. jaceen

    jaceen

    Redaktor


    • Punktów

      1254

    • Ilość dodanej zawartości

      3634


  2. RSM

    RSM

    Użytkownik


    • Punktów

      510

    • Ilość dodanej zawartości

      121


  3. Booryss

    Booryss

    Użytkownik


    • Punktów

      443

    • Ilość dodanej zawartości

      1249


  4. Budek

    Budek

    Zwycięzca Street Fishing Poland Grand Prix 2018


    • Punktów

      435

    • Ilość dodanej zawartości

      716



Popular Content

Showing content with the highest reputation since 14.11.2017 in all areas

  1. 30 points
    No pozamiatane. Nie wiem od czego zacząć bo jeszcze się trzęse!!! Pobudka przed 6 rano kawa uzbrojenie wędki w domu żeby nie marznąć nad wodą. Po 6 oddaje pierwsze rzuty zimno pada wieje do dupy. Melduję się pierwszy maluch a później nic, więc zmieniam miejsce tam gdzie zgrupowała się drobnica. Pierwszy rzut i coś tam uderzyło ale wcięcie puste oddaje kolejny rzut kilka podbić nie regularnych i bum czuje duży opór myślę szczupły ale nie wyczuwam na kiju zębów i cały czas trzyma mocno się dna co to będzie?? Odjazd około 15 m 🤤no będzie grubo po chwili walki pod nogami wypływa bestia jakie widziałem tylko na zdjęciach nogi miękkie i ciarki po plecach 😲 Nie wiem czy będzie dane mi złowić jeszcze kiedykolwiek taki okaz Kijek do 5gr pletka 0.06 i FLUOROCARBON 0.15 DO 1.8KG przypuszczam że ważył bardzo podobnie W Fotka na pamiątkę buziak i do wody.
  2. 28 points
    Troć, trzy woblery i pierwszy dzień wiosny. Pierwszy dzień wiosny mimo to sceneria zimowa. Dobrze, że temperatura wskoczyła na plus. Ostatnie dni nie dawały szans na wyprawę. Przenikliwie zimny wiatr i -5°C skutecznie mnie zatrzymały. Siódmy tydzień mija, a ja uganiam się za trocią. Dwa lata temu było trochę przypadku, a później już świadomie za nimi chodziłem. Złowiłem dwie sztuki z czterech, jakie miałem na wędce. Początek obecnego sezonu mam bardzo udany. Było sporo kleni a przy okazji wypatrywałem ewentualnego stanowiska troci. Wtedy było łatwiej. Zdradzały swoje miejsca. Jedną podchodziłem trzy dni. Udało się połowicznie. Branie nastąpiło, ale miejsce bardzo trudne i skończyło się na wyprostowaniu grotów. W tym sezonie żadnych znaków. Chodzę po omacku. Jedynie dobrze rozpracowałem klenie. Nawet trafiłem jednego +50 cm. Wtorek 20 marca jest pierwszym dniem wiosny. Pomyślałem, że w taki dzień może się poszczęści? Zakładam nieduże woblery własnego wykonania. Na tej wodzie mam przekonanie do ciemnych, na których dodatkowo mogą być złote, żółte, czy czerwone akcenty. Nie powinny schodzić głębiej niż metr. Zaczepów tu sporo i o straty łatwo. W zasadzie łowię dość wysoko. Ostatnio stan wody jest dość niski i ryby podnoszą się do przynęt bez problemów. Łowię godzinę i nic się nie dzieje. Tym razem idę drugim brzegiem. Co ciekawsze miejsca obławiam na zmianę trzema woblerami. Tymi, które ostatnio dawały nawet w najgorsze dni rezultaty. Jak na nie, nie będzie brań, to już nic nie poradzę. Zatrzymuję się na kolejnym miejscu. Piję ciepłą herbatę i wpatruję się w wodę. Obserwuję układające się prądy nurtu i planuję, jak obłowić najdokładniej miejscówkę. Dzień wcześniej wymieniłem w woblerze ster na szerszy, aby podczas łowienia szerokim łukiem ograniczać kręcenie korbką kołowrotka. Staram się, aby woda sama nadawała przynęcie pracę walczącego stworzenia z nurtem. Wykonuję kilkanaście rzutów. Woblerek jest dobrze wyczuwalny na wędce. Lubię takie, bo nie spływają szybko, dając opór nurtowi. Jest kilka miejsc, gdzie uciąg gaśnie i tam trzeba kołowrotkiem skasować luz linki i nadać kierunek przynęcie. Minęło może piętnaście minut. Kolejny rzut pod przeciwległy brzeg, trzy ruchy korbką i linka napina się. Widzę miejsce jej styku z wodą. Kontroluję całą trasę. Gdy jest w okolicach środka rzeki, następuje delikatne „puk”. Zacinam, ale niezbyt energicznie. Pierwsza myśl, mam klenia. Jednak w ułamku sekundy ryba podeszła pod powierzchnię i zaczęła po trociowemu robić młynki. Już na sto procent byłem pewny, że właśnie mam do czynienia z trocią. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z sytuacji. Gdy zacząłem hol, to wprowadzałem ją w rynnę z mocnym nurtem. W początkowej fazie musiałem oddawać linkę, wyprowadzać na spokojniejszą wodę i ponownie holować. Trwało to może ze trzy minuty. Zrobiłem taki manewr dwa razy. Trzeci raz pewnie by się nie udało. Szczęśliwie przy samym brzegu podholowałem rybę i już nie popełniłem błędu, jaki zrobiłem dwa lata temu. Aparat ustawiony na szybką serię zdjęć i ryba wraca błyskawicznie do wody. Nawet nie dała się nacieszyć swoim widokiem, tak wyrwała w nurt. Na spokojnie obejrzałem woblera i kotwice. Dobrze przewidziałem, jeszcze jeden raz powtórzyłbym manewr, to prawdopodobnie przegrałbym. Kotwiczka z rozgiętymi grotami (zadziory zlikwidowane) nie dawała gwarancji, aby wydłużanie holu powiodło się sukcesem. Muszę się przyznać, że nie jest to największa ryba, jaką złowiłem, ale dała mi najwięcej radości. Może z powodu długiego oczekiwania na ponowne spotkanie z trocią? Dodatkowo przemierzone dziesiątki kilometrów, wypatrywanie i to, że w tle zawsze pojawiały się klenie i nie zniechęciłem się porażkami, jak w poprzednim sezonie. Tego dnia dołowiłem jeszcze sześć kleni. Brały energicznie i z przytupem. Wszystko to działo się na trzy czarne woblery wystrugane pewnej mroźnej zimowej nocy. Łowiłem Mikado Da Vinci Travel Spin 5-25 g; plecionka 0,10; woblery 4 - 5 cm. pzdr., jaceen
  3. 19 points
    2018-02-13 Bystrzyca Kolejny dzień spędziłem na Bystrzycy. Początek sezonu jest dla mnie bardzo udany. Złowiłem kilkadziesiąt spinningowych kleni. Kiedyś nie mogłem nawet o tym pomarzyć. Bywało, że cały miesiąc traciłem, aby mieć jedno kleniowe branie. Dzisiaj postanowiłem skoncentrować się na dwóch miejscach. Ryby nie były chętne i trochę się nagimnastykowałem, aby cokolwiek skusić. Obecnie najczęściej sięgam po robione ręcznie wieloczęściowe woblery. Stan rzeki pozwala dokładnie obłowić nimi wszelkie obiecujące miejsca. Bystrzyca pochłania sporo przynęt i kolekcja łamańców poważnie zmalała. Czy trzynasty lutego będzie na tyle pechowy, że zabierze kolejną przynętę? Na początek łamię ster na konarze podczas wyrzutu. Później łapię zaczep. Udaje się uwolnić a w zasadzie wyrwać zatopioną reklamówkę. Następnie wobler ląduje na gałęziach. Ponownie uwalniam. Chyba jednak będzie dzień pechowy. Jak na trzynastego przystało. W pierwszej godzinie łowię dwa klenie do 35 cm. Miałem też wyjście czegoś większego. Dwa razy zaatakował woblera i tylko duża fala odpływającej ryby została mi na pamiątkę. Do zmierzchu doławiam kolejne dwa klenie. Ciągle brakuje mi tych większych. Wszystko kończy się w przedziale 30-40 centymetrów. Jest okazja by ustawić pracę kilku zrobionym woblerkom. Pogoda dzisiaj jest znośna, to postanawiam zapolować na nocnego klenia. Wybrałem wygodną miejscówkę. Wobler bez zmian. Rzuty wykonuję prostopadle do brzegu i na napiętej plecionce sprowadzam wachlarzem pod swój brzeg. Staram się jak najmniej ingerować w jego pracę . Niech woda robi swoje. Czasami delikatnie kasuję luz linki. Po kilkunastu minutach mam lekkie trącenie. Nie jestem pewien. O tej porze roku wybudziłyby się nietoperze? Po kilku kolejnych rzutach kolejne trącenie. Jestem pewien, że to ryba. Mija kilka minut i mam delikatne przytrzymanie. Lekko zacinam. Szarpnęło kijem i coś się w wodzie zakotłowało. Nie trwało to długo. Ryba po kilku ewolucjach wypina się i zostawia mnie z rozdziawioną japą. To była ładna sztuka. Po chwili dociera do mnie, że to mógł być piękny zimowy nocny kleń. Daję sobie jeszcze kilkanaście minut. Już nie wierzę w powtórkę. Co ja gadam, przecież miałem tyle skubnięć, że pewnie jest tu ich więcej. Może jeszcze któryś się połakomi? Po kolejnych kilku próbach następuje to, co wędkarz lubi najbardziej. Takie mocne łup! Takie, co czuć aż do łokcia. Moja reakcja też jest zdecydowana. Wiem, że ryba jest duża i nie obędzie się bez podbieraka. Brzeg wysoki i będę miał problemy. Zsuwam się rynną wyślizganą przez bobra i znajduję zaparcie. Chyba dam radę. Zapalam lampkę. Widzę w wodzie pięknego klenia. Wygląda, że dobrze się zapiął. Kotwiczki bez zadziorów dają mu większe szanse na uwolnienie się od woblera. Jak popełnię błąd przy podbieraniu, to pewnie tak się skończy. Tym razem ja wygrywam. Kleń z problemami, ale ląduje w podbieraku. Udaje się bez szwanku wyjść na brzeg. Mierzę, robię zdjęcie i wypuszczam rybę do rzeki. Chwilę siedzę i ogarniam całą sytuację. Miałem jednak wiele szczęścia. Dwie spore ryby dzisiaj się odpinają. Nie zerwałem woblera. Jedynie wyłamałem ster. Z tym sobie poradzę. Złowiłem kilka średniaków, a na koniec łowię kapitalnego klenia. Pierwsza pięćdziesiątka w sezonie. W dodatku zimowa i złowiona w nocy. pzdr., jaceen
  4. 18 points
    Postanowiłem nachodzić się po brzegach Ślęzy i dokładnie obmacać ciekawsze miejsca. W godzinach przedpołudniowych nigdy nie miałem dobrych wyników, to więcej obserwowałem. Jak już zacząłem łowić, to wykonywałem po kilkanaście kontrolnych rzutów i przechodziłem dalej. Kilka z podbiciem przy dnie, kilka przeciągnięć w toni i przy powierzchni. Większość czasu łowiłem gumkami. Na płytszych i szybszych odcinkach sięgałem po swoje smużaki i tam skupiałem się na kleniach. Porywisty wiatr bardzo utrudniał łowienie. Musiałem szukać odcinków osłoniętych drzewami i wysokimi trzcinami. Nie liczyłem na sukcesy. Długi czas byłem na zero. I nagle ŁUP!!! Wędka ładnie się gnie, a ja od razu czuję, że coś nie tak. Błysk wielkiego cielska, w ułamku sekundy dał mi nadzieję, że może być okoń rozmiarów ryby Budka. Hamulec delikatnie jęknął i po kilkunastu sekundach wszystko jasne. 47 cm Widziałem w Ślęzie leszcze i słyszałem, że są łowione. Mnie udało się jegomościa złowić pierwszy raz. Zapięty prawidłowo, czyli są na etapie wyjadania sieczki, która w wielkich ilościach pojawiła się w rzece. Po tym zdarzeniu zacząłem wracać i ponownie łowiłem w miejscach, gdzie pokazywały się okonki. Liczyłem, że przed zmierzchem zaczną być aktywne te większe. Nie myliłem się. Na początek mam dwa piekielne uderzenia i za każdym razem kołowrotek jęczy oddając plecionkę, by po chwili ryby wypluły przynęty. Obwiniam hak jigowy i zmieniam na inny. Odwiedzam kolejne miejsca. Wyjmuję pierwszego porządnego okonia w tym sezonie. 28 cm Porównuję walkę tego i te dwa stracone. Wyobraźnia szaleje o ich rozmiarach. W następnym miejscu znowu piękny okoń. 30 cm Po nim tracę następnego. Miałem kończyć, ale jeszcze na kilkanaście minut wróciłem do miejsca, gdzie straciłem największe ryby. Łowię jeszcze jednego okonia. 29 cm W sumie złowiłem kilkanaście ryb, kleniki, okonie i leszcza.
  5. 18 points
    Dzisiaj to sobie połowiłem. Jakaś masakra! Gdyby nie kolega, z którym razem dreptałem po "trociowym" odcinku, to kto by uwierzył? Było jak na filmach Tomka Winiarskiego z łowienia zimowych kleni na Ropie. Prawie w każdej miejscówce kontakty z rybą. Jak nie wyjechała, to przynajmniej kończyło się na braniu, albo na kilku skubnięciach. Ryby rozrzucone po całej szerokości rzeki. Sprzęt taki w miarę uniwersalny. Tak, żeby było można machnąć kleniowym woblerkiem pod przeciwległy brzeg i żeby był zapas w razie czegoś większego. Liczyłem na trociowe otwarcie. Plecionka 0,10, wędka do 25 g. Ile rybek spadło? Nie wiem. Było tego sporo (10?). Samych puknięć, skubnięć, szczypnięć było dużo. Nie jestem w stanie podać realnej liczby. Powiem, że przynajmniej trzy razy więcej niż złowionych ryb. A złowiłem 16 kleni. Wielkość nie powala, ale 1 lutego, jeżeli chodzi o spinning i klenie, jeszcze czegoś takiego nie przerabiałem. Kolega też połowił. A przynęty nasze znacznie się różniły. Może trafiliśmy na dobre żerowanie? Brań można było spodziewać się wszędzie, środek koryta, wlewy, napływy, burty, cofki, gdzie tylko wyobraźnia podpowiadała. Taki był po prostu fartowny dzień.
  6. 18 points
    09.01.2018 Dzień zaczynam od Odry ale strasznie zimno i wietrznie miałem wrócić do domu ale pomyślałem o ślęzie. Ślumpe odwiedzam prawie codziennie różne odcinki miejskie z rybami nie najgorzej ale same kleniki do 30cm a postanowiłem fotografować rybki od 30 w górę. Melduję się nad wodą około 10 woda normalna i klarowna zaczynam oblawianie od ciemnych kolorów na 3gr. Przez godz tylko jakieś delikatne trącenia drobnicy. Miałem już się zwijać i spadać do domu gdy zadzwoniła żona i powiedziała że wychodzi i będzie koło 14 w domu szybkie przemyślenia zmieniam brzeg i zaczynam skrupulatnie obawiać każde miejsce dosłownie każde. Zmieniam technikę z okoniowej na kleniową czyli zaczynam się skradać kucać i wyżej prowadzić przynętę już na pierwszej miejscówce mam kopa po kiju !!! 34 cm na czarne 2 cale i 3gr Po 10 min druga miejscówka i znowu strzał myślałem że szczupak ale jest kleniu!! 42cm na 2 cale i 3gr Później trochę przerwy, woda zaczęła opadać więc myślę ostatnie miejsce i do domu. Do wody 2 cale kolor fiolet 3gr i w drugim rzucie strzał!! 40 cm. Każda ryba dzisiaj złowionej na inny kolor jedynie 3gr w każdym przypadku. Zastanawiałem się w drodze do auta gdzie są okonie ani jednego pasiaka 🤔 dzień zaliczam do bardzo udanych dwie 40-stki jednego dnia ze Ślęzy w dzień, w styczniu.
  7. 17 points
    Przygotowania na maj zacząłem w ostatnim tygodniu. Do zrealizowania miałem dwa zadania: - skompletować nowy sprzęt, do nowej zabawy - zaliczyć detoks od ślęzańskich kleni Odpuściłem spinning i postanowiłem wraz z synem spędzić czas w słoneczku na pobliskich jeziorkach z rozstawionymi feederkami. Syn miał okazję poćwiczyć holowanie, bo ryby dopisywały przy każdym wyjściu. W środku miejskiego blokowiska, łowienie jak na komercji , a jednak woda PZW: i nie PZW: Znalazłem też czas dla Ślęzy, ale z inna taktyką, która poskutkowała rozwiązaniem zagadki bąbelków z dna: Aż w końcu przyszedł maj i zacząłem zabawę castingiem. Mój pierwszy raz miał być przede wszystkim nauką rzucania. Okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny i nie musiałem spędzać czasu na rozwiązywaniu bród Szybko zacząłem koncentrować się na miejscówkach i normalnym łowieniu. Lokacji dla spinningisty było niewiele, bo brzeg został obstawiony gruntówkami - w końcu dni wolne i jeszcze z piękną pogodą. Ale udało się coś wyskubać: Równo wymiar, więc nie jest to medalowa zdobycz, ale pierwsza ryba złowiona castingiem, pierwszego dnia prób. Dlatego amatorzy mają przyjemnie - każda nowość cieszy Potem poszedłem z castingiem na Ślęzę i wyjąłem dwa niewymiarowe szczupaki. Ale większym sukcesem było 0 strat w przynętach, 0 splątań i poczucie swobody w prowadzeniu i podawaniu w wybrane miejsce przynęty. Myślałem, że na początku będzie tragedia.
  8. 16 points
    Polowanie na okonie ciąg dalszy !!! Kolejna 40-stka do kolekcji🤗
  9. 16 points
    Zimno, zimno, mroźno..... oszroniło i coś tam się dzieje. Łatwo nie jest. Brań bardzo mało ale małych sztuk nie widać...... Szkoda tylko że największe nie chciały pozować do zdjęć.....
  10. 15 points
    Było wieeeelle rybek, były też takie grubo ponad metr ale w okresie ochronnym. Jedno zdjęcie pokaże. Szczupaczek +90cm rekord życiowy, a nigdy nie miałem szczęścia do tych ryb i odrazu kaban PS. Rybki łowię cały czas, są ładne i bardzo ładne ale zdjęć nie wstawiam bo kilku osoba to przeszkadza.
  11. 15 points
    Dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu. Nieludzka pora pobudki i nabrzmiałe jeszcze snem powieki, ledwie zmrużone dwie godziny wcześniej, nie ułatwiają podjęcia nieuniknionej decyzji o opuszczeniu pieleszy. Kto z kolegów wpadł na tak wczesną porę wyjazdu? Pytanie czysto retoryczne, bo oczywiście wiem . Daleka droga przed nami, ale są jakieś granice przyzwoitości. Nic to, nie czas już na takie dywagacje. Zebrałem wcześniej przygotowany sprzęt i bagaże, dopiłem ostatni łyk kawy i dokończyłem symboliczne o tej porze śniadanie [?], Jak nazwać śródnocny posiłek, drugą kolacją czy przedśniadaniem? Zebrałem po drodze kolegów i w drogę. Drugim autem podróżuje pozostała część ekipy – to ta bardziej zadziorna i rozigrana J Droga do celu naszej podróży nie jest tak oczywista, jakby się mogło wydawać, toteż błądzimy tu i ówdzie, a nawet jedziemy pod prąd. Co tam, pewnie i tak więcej mnie nie na wyprawę nie zabiorą, to mogę i prąd. Na nawrotkę na ręcznym na „esce” jednak się nie zdobyłem… Nie siedziałem jeszcze w areszcie w bratnim państwie, ale i tak nie pałam. Koniec naszej radosnej podróży zwieńczył zakup licencji, wizyta w sklepie po kilka much „na wzór”, zrzucenie gratów na kwaterze i upragnione przywitanie z chłodną i niemałą wodą. Znów cholera idzie z zapory i z gór sporo ha-dwa-o. W ojczyźnie rzeki na południu ledwie sączą się po kamieniach, a tutaj woda prawie zdejmowała nam śpiochy z nóg, gdy weszliśmy nieco powyżej kolan. Przechodzimy z Patrykiem pozornie niewinne bystrze bardzo czujnie i gdyby nie kijki do brodzenia, jako trzecia noga, to pewnie bliżej integrowalibyśmy się z fauną i florą wodną. Bystrze kończyło się kamienistą przykosą, za którą woda zwalniała i robiła się zdecydowanie głębsza. Tutaj łatwiej było utrzymać równowagę, a przede wszystkim miejsce „pachniało” rybą i było wręcz podręcznikowe. Systematycznie zaczęliśmy czesać tę głębszą wodę streamerami, co po kilku zmianach przynęty i sposobu jej prowadzenia poskutkowało tęczakiem-trzydziestaczkiem, który połakomił się na fantazyjną, kolorową muszkę. Tak sobie łowiliśmy i łowiliśmy bez większych efektów, aż doszliśmy do końca tej płani i trzeba było zatrąbić do powrotu, bo z jednej i drugiej strony nurt gnał jak TLK. Kątem oka zobaczyłem dwóch jegomościów, którzy weszli do wody kilkadziesiąt metrów poniżej nas i zaczęli ciężko łowić spod kija w głębokim, z wstecznymi prądami zakolu. Po kilku minutach w podbieraku jednego z nich pojawiła się pierwsza zdobycz, potem następna i kolejna. No nieeee…, panowie. My tu walczymy z prądem po kolana, a wy po krawędzie woderów, w spokojnej wodzie, wyjmujecie z jednego dołka kilka ryb. Znaczy się można połowić, tylko trzeba się przyłożyć do roboty, a nie relaks i podziwianie widoków. Po krótkiej przerwie na wymianę sprzętu oraz chwilową regenerację, z kabanosem między zębami, batonem i mineralną w kieszeni, wróciłem nad wodę w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do zanurzenia w otmętach nimf. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, w zakolu nikt już nie łowił. Spojrzeliśmy na siebie i nie zastanawiając się, daliśmy nura w nadbrzeżne krzaki, by po chwili stać po piersi w zimnej wodzie. I tak mieszając tymi nimfami, raz cięższymi, raz lżejszymi, w różnych kolorach i kształtach, wyjmuję z tej głębiny tęczaka i chyba ze dwa lipaski. Nic nadzwyczajnego w sumie i godnego uwiecznienia. Zapamiętale mieszając nimfami w rzece, nie zauważyłem kiedy Patryk uciął sobie nad brzegiem drzemkę. Mając na oku kolegę, czy aby nie zwiotczeje za bardzo we śnie i nie osunie się do wody, powoli przesuwam się z nurtem w kierunku płytszej i szybszej wody. W takim nieszczególnym miejscu mam branie, ale chyba lekki rozprężenie cielesno-umysłowe spowodowało, że tracę ładną rybę po krótkiej walce. Patryk zdążył się ocknąć a mnie po tej krótkiej dawce adrenaliny zaczynało się udzielać zmęczenie. Zwinąwszy zestaw udałem się niespiesznie do miejsca spoczynku, spoglądając na łowiących w oddaleniu kolegów. Na zakole wróciłem wieczorem znów ze streamerem. W końcu jak mam nic nie złowić, to połowię chociaż z przyjemnością i frajdą prostowania dłuższego kawałka sznura. W zakolu nic się nie działo, jedynie mijany w drodze Patryk z emocjami w głosie mówił, że miał na kiju rybę wielkości małego dzika. I tak rzucając tu i ówdzie, mijając nieciekawe kawałki wody, na dłuższej, prostej płani, gdzie dało się łowić bez podcinania nóg przez napierającą masę wody, mam strzał w białego streamera. Odruchowo zaciąłem, choć nie było takiej potrzeby, bo coś konkretniejszego pewnie było zapięte na końcu zestawu. Długo nie widziałem ryby, bo trzymała się dna, wyciągając co raz kilka metrów linki z kołowrotka, to znów zmuszając mnie do błyskawicznego kasowania luzu. Wreszcie dała się naprowadzić do podbieraka. Potokowiec. Srebrny taki i z bladymi kropkami. No nic, idziemy na brzeg mierzyć tego wojownika. 45cm. Przy próbie sfotografowania, odbija się ogonem od podbieraka i… po chwili łypie na mnie już z nurtu i majestatycznie odpływa. Na wieczór mieliśmy zaplanowane integrowanie się przy kuflu przepysznego tutejszego piwa oraz już na kwaterze – tradycyjne warsztaty muchowe, ale zmęczenie pozwoliło tylko na pierwszą część, czyli po jednym i spać. Nazajutrz kilka minut po szóstej zameldowaliśmy się w innym miejscu – poniżej mostu, kawałek w górę rzeki od naszej kwatery. Konsekwentnie trzymam się streamerowania, stawiając na przyjemność, kosztem efektywności – jak się miało wkrótce okazać. Po kilku minutach mam piękne branie, ale hol kończy się wypięciem ryby. Nastroiło mnie to optymistycznie, że może jednak będzie, i przyjemnie, i skutecznie. Kilka metrów niżej, znów widowiskowe wyjście do prowadzonego tuż pod powierzchnią przynęty. Łowiłem linką z tonącą końcówką, ale szybki nurt pod koniec prowadzenia i tak wynosił muszki pod powierzchnię wody. Szybki hol, choć ryba walczyła dzielnie i potokowiec około czterdziestocentymetrowy ląduje w podbieraku. Biały streamer wykonany na kilka dni przed wyjazdem, znów okazał się skuteczny. Za łamiącym nurt kamieniem mam kolejne branie, ale tym razem ryba wychodzi zwycięsko. Tymczasem Patryk z brzegu turla nimfy w zwolnieniach za kamieniami. O, Grześ do nas dołączył – też nimfując. Tymczasem Bartek przysłał MMS’a z drugiego brzegu z dwoma niezłymi tęczakami. No nie powiem, poziom zazdrości we krwi nieco wzrósł. Z tego stanu szybko mnie wyprowadziły pełne emocji krzyki dochodzące z brzegu, bo Patryk miał na końcu zestawu jakąś kłodę, niedającą się oderwać od dna. No nieźle, na delikatnym zestawie zabawa się przeciągała w czasie, a my nadal nie widzieliśmy z kim Patryk ma do czynienia. Nie wiem jak długo to trwało, ale po kilku próbach naprowadzenia ryby do podbieraka, ta salwowała się ucieczkami w nurt, gdy wreszcie stojący w pogotowiu Grześ, sprawnym ruchem podjął pięknego, grubego jak kłoda tęczaka. Stałem w pewnym oddaleniu od tego widowiska, ale szeroką fioletową pręgę na boku widziałem dokładnie. Całe 66cm szczęścia na takie małe coś na haczyku chyba nr 18. Jak on to zawiązał do żyłki 0,16?. Gratulacje Patrzyk! Ki diabeł podszepnął mi dziś tego streamera, skoro na nimfy takie kloce siadają? Wracać po zestaw do nimfy nie bardzo mam ochotę, tłumacząc sobie, że może jednak nie będzie tak źle, skoro jedna ryba w podbieraku a i dwa fajne brania też się zdarzyły. Przemek też konsekwentnie tego dnia trzymał się strima i w nagrodę, może za wytrwałość, zaliczył fajnego pstrąga. Wieści z teatru działań na innym odcinku rzeki mówią, że Marcin wyjął tęczaka 61cm. Worek z kabanami się rozwiązał, ja tymczasem poza jeszcze jednym pstrągiem, nie miałem się czym pochwalić. Wracając z Przemkiem na kwaterę, co i raz obławiamy spokojniejsze miejsca, których przy tym podwyższonym stanie wody za wiele nie ma. Gawędzimy przy okazji i miło spędzamy popołudnie, bez ryb jednak. Kończąc dzień z mocnym postanowieniem poprawy więcej nie próbować streamera. W końcu nie przyjechaliśmy tutaj dla przyjemności. Wrócić i nie mieć się czym pochwalić na forum, toż to dyshonor i ujma. Jak postanowiłem, tak też konsekwentnie podjąłem wyzwanie wytrzymania dnia, turlając ołów po dnie. Nigdy nie lubiłem przepływanki bez spławika… W sklepie wędkarskim „za rogiem” kupiłem kilka egzemplarzy miejscowego rękodzieła, co tylko przy dużej dozie wyobraźni można by nazwać „muchami” Ciężkie to takie, że spinningiem da się dorzucić na drugi brzeg, a wpadając do wody, przypomina odgłos keitecha na 5g główce. No ale nie ma zmiłuj. Sprzedawca zapewniał, że „to je vyborne”. No dobra, jak się nie sprawdzi, to chociaż zostanie do kolekcji, chyba że zerwę te monstra na zaczepach. Do dziewiątej nie miałem nawet brania, choć koledzy co i raz coś holują. Jarek był w ogóle poza konkurencją i dobrze, że stał daleko, bo pałałem chęcią trzepnięcia go w kapelusz tym ciężkim czymś na końcu zestawu. Żeby zrobił sobie dłuższą przerwę, ma się rozumieć Zawiązałem, trochę bez przekonania, jakieś fioletowe maleństwo na troku, a na prowadzącej nieco cięższego pomarańczowego kiełża. No i za trzecim przepuszczeniem zestawu, poczułem silne branie. Nie jakieś subtelne przesunięcie czy zatrzymanie ledwie widoczne, tylko rąbnięcie wyginające kij. Ha ha… Jak ja nie cierpię tej nimfy, to szkoda słów. Żadnej przyjemności z tego machania jak cepem. No chyba, że takie coś walczy na drugim końcu Kilka odjazdów, murowanie przy dnie, wyskok pokazujący pręgę w promieniach słońca, kilka prób podebrania i jest. Nie tak duży, jak kolegów, ale miarka pokazała 47cm. Jaro zrobił zdjęcie. Tradycyjne buzi (rybie, nie Jarkowi) i do wody. Do południa zaliczyłem jeszcze kilka lipieni i tuż przed przerwą na posiłek, poniżej filara mostu na tego samego fioletowego paproszka prowadzonego w pół wody, majestatycznie wyszedł z głębokiej dziury piękny tęczak. Wszystko doskonale widoczne, prawie jak na dłoni. Zacinam i czuję, że zabawa będzie dłuższa. Repertuar rywala jest znacznie bogatszy niż poprzednika. Nie jest łatwo go zachęcić do zbliżenia się w rejon podbieraka, na którego widok kilkakrotnie ryba zrywa się do ucieczki w nurt. Wreszcie jest. Śliczny. Miarka pokazała równe 50cm. Jakby nie było, tęczowa życiówka . Po południu trochę się rozrzedziło i ani się spostrzegłem, a w zasięgu wzroku miałem tylko Grzegorza i Jarka. Nie wiem gdzie się podziali pozostali koledzy. W spowolnieniu nurtu pod lewym brzegiem, w miejscu, które obdarzyło największą liczbą ryb, zapinam tęczaka. Trochę mnie wyrwał z zamyślenia silnym kopnięciem w prawie zawieszoną w nurcie nimfę. I to wcale nie fioletową, a klasyczną, zielonkawą hydropsyche. Wypuściłem pstrąga i znów zapadłem w jakieś zamyślenie, jednak dzikie krzyki kolegów łowiących niżej szybko mnie przywróciły do pełnej świadomości. O Perunie gromowładny, co za potwora Jarek holuje? Holuje, ba. To tęczak robi z nim co chce. Dzikie wyskoki, ucieczki z nurtem, odjazdy jak torpeda i Jarek podążający za rybą w dół rzeki. Grześ z gotowym podbierakiem, ćwiczył starty jak do sztafety przez płotki, robił piruety w nurcie, co skończyło się efektowną przewrotką na plecy z pełnym zanurzeniem. Peryskop tylko w postaci kamery na czapce wystawał ponad lustro wody. Jarek tymczasem wytrwale trzymał wariata w spienionym nurcie daleko od miejsca, gdzie nastąpiło branie. Grześ pozbierawszy się z podziwiania podwodnego świata, chwyciwszy podbierak w dłonie, wystartował by dogonić oddalającego się za rybą Jarka. To nie mogło się skończyć zgodnie z planem. Drugie zanurzenie zaliczone i gacie mokre od środka do samych skarpet. Zmagania z dzikusem (pstrągiem, nie Grzegorzem) zakończyły się w podbieraku. Tęczowy szaleniec nie okazał się rekordem świata i aż dziw bierze skąd w przeciętnej (jak na tę wodę) rybie tyle, nomen omen, ikry? Pod wieczór poszliśmy niżej, do miejsca, gdzie nurt przelewa się z jednej strony rzeki na drugą, a za zatopionymi kamieniami tworzy się długi i szeroki warkocz z wolniejszą wodą. Warkoczysko, właściwie. Poprzedniego dnia widzieliśmy tutaj dwóch mistrzów metody niekoszernej, nękających miejscową ichtiofaunę. Wyglądało zachęcająco, zwłaszcza, że dało się nawet pewnie brodzić w wodzie po… Poniżej pasa. Brały lipienie, na przemian z pstrągami, które miałem problem, by wyholować. Jakoś tak zapięte za naskórek. W promieniach chylącego się za góry słońca brania ustały i czułem już cały dzień w kręgosłupie. Miałem jeszcze ochotę wrócić w pobliże mostu, ale ból miejsca, gdzie poniżej następuje utrata szlachetnej nazwy pleców, przezwyciężył nadzieję spotkania z okazem. Tak, tak… emerytura bliżej niż dalej. Poza tym to niebywale smaczne piwo w karczmie opodal, też miało magiczną siłę przyciągania. Wszak został nam jeszcze jeden dzień na zmagania z nurtem, więc na siłę nie zamierzałem się forsować. Nieuchronne musiało nadejść. To jest ten dzień, gdy podświadomość zaczyna dokuczać i przyjemność obcowania z przyrodą powoli miesza się z myślami o powrocie do codzienności i obowiązków. By tę przyjemność trochę przedłużyć, gromadnie zbieramy się nad jednym, całkiem pokaźnym zagłębieniem dna (trochę głębiej niż wodery, prawda Przemek?). A zagłębienie to zamieszkiwało stado tęczaków i to takich, że oczom trudno uwierzyć. A widać je było jak na dłoni. Toż to akwarium niemalże. Żerowały w smugach resztek z dna, podrywanych naszymi butami. Jak lipienie, bez cienia płochliwości, podpływając pod same sznurówki. Cóż było robić? Łowić na upatrzonego – nie przymierzając - stado kormoranów Długo trwało zanim Przemek trafił na co biorą. Tego dnia daniem była żółta nimfka. Cholera, kto ma żółte nimfy? Grześ dobył z zakamarków kamizelki tajny skarbczyk i obdarował chętnych klasycznymi Amber Nymph. No i zaczęły się brania. Nie, żeby od razu, za każdym przepuszczeniem zestawu. Niezbyt łapczywie, by nie powiedzieć z ociąganiem brały, ale coś tam wyjechało w podbierakach do zdjęć i miarek. Królem polowania był oczywiście Jaro. Stojąc na skraju tego stada kormoranów, wiążę złółtą nimfę na skoczka, nie zauważam przy tym, że przypon oplata kilklakrotnie przelotki na szczycie wędziska. Rzucam przynęty w nurt i widzę branie jak na dłoni. Duży tęczak chwyta nimfę i odwraca się majestatycznie. Zacinam w tempo i czuję pulsujący ciężar na końcu zestawu. Ale co jest…? Nie mogę wydać centymetra linki z kołowrotka, a potwór szaleje. Dopiero teraz zauważyłem zapętlony na szczytówce przypon. Jasna cholera, no. Jaro dopada do mojej szczytówki i próbuje uratować sytuację, ale w tym momencie czuję luz na końcu wędki. Piękne zakończenie wyprawy odpływa razem z tęczakiem. Szlag by to... Zwijam sprzęt i już nie łowię. EPILOG Kilka dni po powrocie, praca rzuca mnie na dwa dni w Małopolskę. Oczywiście dyżurne wędzisko leży w bagażniku. Pakując się na wyjazd, stawiam przy drzwiach torbę z woderami i drobnym szpejem do tego wędziska, które leży w aucie. Żona widząc te bagaże z kołowrotkami i pudełkami pyta mnie czy jadę służbowo czy znów na ryby. Nie, no ten… zabieram to, żeby nie stało w przedpokoju. Do pracy przecież jadę. Po południu, po załatwieniu spraw, które dają chleb i czasami zostaje z tego na zakup haczyków, ruszam na pobliską rzekę. Wpadam jeszcze przywitać się z gospodarzem tego kawałka wody oraz odebrać zezwolenie i ahoj przygodo! Cieknące wodery zostawiłem w domu, więc zastępcze gumy pospiesznie wciągnąłem na spodnie od garnituru. Nie ma czasu na zmianę garderoby. Woda niska, że ledwie toczy się po kamieniach. Zanurzam dłoń. Nieprzyzwoicie ciepła, jak na tę porę roku woda w górskiej rzece, trochę zastanawia. Plan był prosty – ryby przy tym stanie wody są pewnikiem schowane w głębszych miejscach, więc zacząłem chodzić po konkretnych „adresach”. Dupsko szybko się pociło w tym biegu w gumowych gaciach i miałem tylko nadzieję, że wyjściowe spodnie jako-tako będą się nadawały na następny oficjalny dzień. Człowiek jest jednak czasami głupkowaty - sobie myślę. W tych warunkach i na szybko, bo do zachodu słońca zostały dwie godziny, tylko mokra muszka. Do latających - mam wrażenie - setkami owadów, nie ma żadnych wyjść. A widzę duże i małe jętki, muchówki i diabli wiedzą co jeszcze. Podnoszę kilka kamieni – nieliczne larwy, chyba chruściki. Dobra, prowadząca March Brown, na skoczka, Pheasant Tail. Przypony cieniutkie, bo woda krystaliczna. No to jedziemy z koksem. Jedna płań, druga, warkocz z głębszą wodą, główny nurt przy kamiennej opasce. Nic, pusto. Jak w dupie po śliwkach, normalnie. Zmieniłem miejsce i przynęty. Na skoczka zawiązałem imitację larwy chruścika, na prowadzącą malutkiego Red Spinnera. Rzut i za kamieniem poczułem lekkie przytrzymanie, Zacinam i sznur przelatuje mi obok ucha. OK. coś się jednak dzieje – przeszło mi przez myśl. W następnym dającym szanse miejscu przykładam się bardziej. Kilka rzutów i mam branie. Drobiazg jednak. Przynajmniej w porównaniu do tych sprzed kilku dni. Niespełna trzydziestocentymetrowy potoczek uwolniony szybko zmyka w ciepłym nurcie. Rozglądam się dookoła, słońce pięknie maluje już długie cienie nadbrzeżnych olch. Zwijam sprzęt. Nigdy nie lubiłem nagród pocieszenia.
  12. 15 points
    Panowie! Gratuluję bywającym nad wodą! Dzisiaj zaliczyłem wypad sezonu… Na ryby wybrałem się późno bo po 9:00. Zaczęło się bardzo słabo bo przez 2h złowiłem zaledwie 5 okoni w rozmiarze przedszkolnym (jak by to kolega wasyl1969 powiedział). Nic nie zapowiadało, że może się coś ruszyć więc zdecydowałem, że zmienię miejscówkę. Po dotarciu na miejsce i rozłożeniu wędki oddaję siedem rzutów i wyjmuję siedem niebrzydkich okoni. Eldorado! Rekordów nie było ale niewymiarowych też nie. Największy tego dnia 24cm a ilościowo meeega dobrze. Zmiana miejscówki. Na końcu zestawu 2” kajtek w kolorze czereśni. Zarzut, opad i jest puknięcie. Zacinam w tępo i czuje fajny opór. Krótka walka i jest!!!!! Proszę Państwa! Fanfary!!! Mój PIERWSZY w życiu wymiarowy sandacz!!! Całe 54cm szczęścia! Tylko się nie śmiejcie! Więcej jak dekada wędkowania. Setki godzin z nastawieniem na tego drapieżnika. Wypady w dzień i w nocy. Różne metody itd. Zastanawiałem się czy mam śmiać się czy płakać hehe. Mija kolejne 15 minut a ja na końcu zestawu czuję tępy opór ale wiem, że to ryba. Zestaw delikatny, okoniowy więc nie robiłem sobie nadziei, że uda mi się to coś doholować. W pierwszej chwili pomyślałem, że to leszcz podpięty za kapotę. Długo musiałem czekać aż mi się rybka pokazała… Miałem wielkie szczęście i chwilę potrwało zanim podebrałem tego kolosa. Równe 80cm, co jest moją nową życiówką. Był to prawdziwy test dla kijka 0,5-5g i pletki 0,08. To był dobry sezon. Dzisiaj życiówka sandacza (hehe) oraz szczupaka a z początku sezonu jeszcze kleń 61cm. Mogę umierać
  13. 15 points
    Panowie! Gratuluję bywającym nad wodą! Dzisiaj zaliczyłem wypad sezonu… Na ryby wybrałem się późno bo po 9:00. Zaczęło się bardzo słabo bo przez 2h złowiłem zaledwie 5 okoni w rozmiarze przedszkolnym (jak by to kolega wasyl1969 powiedział). Nic nie zapowiadało, że może się coś ruszyć więc zdecydowałem, że zmienię miejscówkę. Po dotarciu na miejsce i rozłożeniu wędki oddaję siedem rzutów i wyjmuję siedem niebrzydkich okoni. Eldorado! Rekordów nie było ale niewymiarowych też nie. Największy tego dnia 24cm a ilościowo meeega dobrze. Zmiana miejscówki. Na końcu zestawu 2” kajtek w kolorze czereśni. Zarzut, opad i jest puknięcie. Zacinam w tępo i czuje fajny opór. Krótka walka i jest!!!!! Proszę Państwa! Fanfary!!! Mój PIERWSZY w życiu wymiarowy sandacz!!! Całe 54cm szczęścia! Tylko się nie śmiejcie! Więcej jak dekada wędkowania. Setki godzin z nastawieniem na tego drapieżnika. Wypady w dzień i w nocy. Różne metody itd. Zastanawiałem się czy mam śmiać się czy płakać hehe. Mija kolejne 15 minut a ja na końcu zestawu czuję tępy opór ale wiem, że to ryba. Zestaw delikatny, okoniowy więc nie robiłem sobie nadziei, że uda mi się to coś doholować. W pierwszej chwili pomyślałem, że to leszcz podpięty za kapotę. Długo musiałem czekać aż mi się rybka pokazała… Miałem wielkie szczęście i chwilę potrwało zanim podebrałem tego kolosa. Równe 80cm, co jest moją nową życiówką. Był to prawdziwy test dla kijka 0,5-5g i pletki 0,08. To był dobry sezon. Dzisiaj życiówka sandacza (hehe) oraz szczupaka a z początku sezonu jeszcze kleń 61cm. Mogę umierać
  14. 15 points
  15. 14 points
    Ja dzisiaj pierwszy raz z feederkiami na dużej rzece. Wisła pięknie mnie powitała,bo leszcze gryzły jak wściekłe. Kilkanaście takich 40-50, 3 sztuki powyżej 60 i w ostatnim rzucie życiówka, 71cm :). Oprócz tego 2 spore certy.
  16. 14 points
    Coś tam do mnie dociera, że Wrocław łowi, to wybrałem się w końcu na nocne odrzańskie klenie. Miejsca wybrałem jeszcze o małej presji. Potrzebuję teraz trochę spokoju;) Dwie nocki i dwa różne tematy. Pierwsza, to niesamowita wyżerka sieczki. Wyglądało, jakby wszystkie gatunki napychały brzuchy wylęgiem. Nie musiałem sięgać po ryby daleko w nurcie. Brań bardzo dużo. Dominowały nienajedzone krąpie. Doliczyłem się dziesięć sztuk. Ale miałem pisać o kleniach, więc udało się złowić siedem sztuk ( 35-47 cm). Dwie duże ryby nie dały się bliżej podholować i nie wiem z czym walczyłem. Po kilkunastu sekundach wypięły się z kotwiczek. Rewelacyjnym woblerem tej nocy okazał się 32 mm "Bochen". Następna noc z postanowieniem, że odwiedzę kilka innych miejscówek. Sytuacja trochę się zmieniła. Woda inaczej się układała. Sieczki nie było widać, to poruszałem się trochę po omacku. Początkowo sięgnąłem po wspomnianego "Bochena". Jednak spróbowałem poszukać czegoś innego. Przecież nie można polegać na jednej przynęcie. Wygrzebałem z dna pudełka zrobionego przez siebie 40 mm woblerka. Za dnia nie dał mi nigdy ryby. Tym razem odczarował się i dał mi dwie największe. Wcześniej tracę coś konkretnego. Dwa groty odginają się i nie utrzymałem ryby. Taka sytuacja miała miejsce dwa razy. Dla odmiany łowiłem też na woblera "Krakuska" 40 mm. Model ten złowił chyba najwięcej ryb w te dwie noce. Żeby było ciekawiej, to znowu dwie duże ryby po jeździe na hamulcu wypinają się z kotwiczek. Z godziny na godzinę rosną w mojej wyobraźni;) Aktywność ryb była widoczna w momencie, gdy plecy odmówiły posłuszeństwa. Łowiłem je całkiem inaczej niż poprzedniej nocy. Nowe doświadczenie na przyszłość. Sprzęt jakim łowiłem raczej delikatny. Moc zestawu do 3 kg i przynęty do 40 mm. Na liczniku miałem 11 kleni ( 40-46 cm).
  17. 14 points
    Jedni wolą świt, ja wolę zmierzch. Osobiście szukam jazi na płytkiej wodzie. Łatwiej mi je zlokalizować. Może to być opaska, rozciągnięte i przelane ostrogi, jakieś przybrzeżne blaty. Bardzo dobrymi miejscami są płytkie przybrzeżne wnęki z zalanym zielskiem (bardzo przerzedzone kępy traw) z wyraźnym nurtem. Takich miejsc nie ma zbyt dużo, ale jak uda się namierzyć, to sukces prawie murowany. Wydaje się, że najlepszymi za dnia woblerkami będą mikrusy 2-3 cm. W nocy można podać większy kaliber, nawet 5 cm. Muchy noc/dzień to inny temat;) W nocy jazie (duże sztuki) zachowują się podobnie do boleni. Atakuje przy samym brzegu i odjazd na środek. Ciężko podejść takiego cwaniaka. Trzeba długo i bardzo cicho podchodzić na długość rzutu. Wachlarzem wprowadzać woblerka w stanowisko i liczyć na szczęście. Dzisiaj trzy jazie, dwa największe na zdjęciach. Wobler od Jacka Zwolskiego "JAZ".
  18. 14 points
    Znowu muszę zaspamować forum Ale tym razem pod naporem syna. Miał dziś urodziny, torcik, imprezka rodzinna i goście zmykają koło 18:00. Syn rzuca hasło, że fajnie byłoby złowić urodzinowego klenia i po 10 minutach jesteśmy nad rzeką. Kleń się zameldował dość szybko. 41cm. I do wody: Potem syn miał atomowe branie. Ledwie zaciął bo wędkę wyrwało z podpórek. Nie był w stanie unieść wędki i po chwili ryba się spięła. Holował już czterdziestki bez problemu, więc takie zdarzenia pobudzają wyobraźnię. Dzielę się więc jego przeżyciem, bo mu zależało
  19. 14 points
    Bardzo mi się podobają Wasze typu Hmmm prawidłowy wynik już padł, ale zabawa trwa więc podbijam - dorzucam do puli drugiego woblerka Po woblerku otrzymają autorzy dwóch pierwszych poprawnych typowań Maluszek też mojej roboty, też 3cm pływający, praca drobna, energetyczna. Wczoraj miałem wolny wieczór, a że spodziewałem się dobrego apetytu ryb przed nadchodzącym ochłodzeniem, to... skoczyłem nad Ślęzę - mam tam rachunki do wyrównania W pierwszym rzucie (!) pod samymi nogami uderzył taki klenio Nie taki odpasiony jak ostatnio, ale na krótkim dyszlu pohasał Ogólnie ryby były aktywne, ale brania jak napisał oldBolo - bardzo delikatne, trudne do odróżnienia od zaczepu o zielsko. Mimo tego udało mi się wyholować kilka, jeden fajny się spiął :/ Zaliczyłem też spacer przez most na drugi brzeg rzeki po ulubionego Sendala zaczepionego o gałąź Baaaardzo fajny wieczór
  20. 14 points
    Udany wyjazd Grubasek Odysa Dziewica albo prawiczek Odysa Specjalista od kropek I ten co nie potrafi holować... A tu Odys zanurkował i coś cyknął
  21. 14 points
    Po udanym wypadzie w czwartek jeden dzień pracy i dziś powtórka ☺ Kilka fotek Lipas 36 cm
  22. 14 points
    Ostatnie dwa wieczory spędziłem przed imadłem. Z uporem maniaka staram się zapełnić nowe pudełko muszyskami. A z tyłu głowy caly czas mam... Czy dzisiejszy wypad nad wodę wypali? Czy ktoś znowu mnie przekabaci i pójdę do pracy😕 Tym razem się udało przed 7 rano termos z kawą gotowy kanapki zrobiobe! Co by nie jeść znów po drodze Hot-dogów z bułką z pazdzierza. Po drodze odstawiam Żonę do roboty i jadę po Odysa. No bo któż inny mógłby w tygidniu wyskoczyć rozprostować sznur jak nie Nauczyciel w czasie ferii.. Hehe Na miejscu jesteśmy przed 10 wita nas wiosna 8 stopni słońce zapowiada się świetny dzień. I tak kilka kilometrów w nogach zrobionych kilka ryb nie powalających z nóg złowionych, ale cieszą jak te duże w końcu środek zimy mamy tej wiosny. Po kilku godzinach spacerowania zmieniamy miejscówkę. Krótka przerwa na kawę przewiązanie zestawów i maszerujemy dalej. Odys dusi krótką nimfę A ja większość dnia z uporem maniaka łowiłem na długą nimfe i mokrą. Co dawało też fajne efekty tym bardziej że co jakiś czas dało się zaobserwować zbiórki i sporo małej jęteczki latało. Pod koniec dnia miła kropkowana niespodzianka w rozmiarach wywołujących uśmiech od ucha do ucha. I zarybiamy! Już zapomniałem jak fajne jest w środku tygodnia wyrwać się na Ryby z równie popier... Kolegą po kiju.
  23. 14 points
    Wczoraj odwiedziłem ościenne województwo, które ma przepieknej urody wodę górską. Z każdym kolejnym wypadem utwierdzam się w tym, że przy dobrym gospodarzu można mieć świetną rybną rzeczkę. Dotarlem na miejsce ok 9:30. Pogoda lepsza niż na niejednym jesiennym wypadzie. Cieplo i słonecznie. Stratuje na odcinku, który już czterokrotnie dawał wędkarską satysfakcje. Łowie na nimfe...tfu...krótką nimfe. Pierwsze efekty po 15min. Siadają lipionki po 20-25cm. Wychodzą też wieksze ale brak doświadczenia w "glizdowanii" wychodzi natychmiast. Trzy spady pod rząd miarowych lipasów. Kluczem do sukcesu jest maly raczek Patryka (najświeższa produkcja) w kolorach czerni i zieleni z czerwbinym kolnierzykiem na haku 20. Po 1,5 tracę czujnośc i ląduje na grzbiecie na środku koryta rzeki, oczywiście traktuje to jako sposób sprawdzenia temperatury wody 😎. Jest zimna, stwierdzam. Lipieniom to nie przeszkadza i gryzą dalej. Mnie jednak zaczeły przeszkadzac mokre szmaty, wiec rzut-powrot do wozu i szukanie ciuchów na zmiane. Coś znalazlem pod siedzeniem, nawet nie wiem czy moje ale zakladam, szkoda dnia Telefon od Borysoofona:co, jak i dlaczego woli bigos od wigilijnych lipieni. Zmieniam odcinek, zjezdzam w dół rzeki dobre 10km. Tam dzikość przyrody, rzeki aż serce sie raduje, że są jeszcze takie nie rozjezdzone wody. Burta 2,5 m wysokosci z moje brzegu nie zachęca do wejścia do wody. Znajduje maly żleb taki 2,35m, którym zsuwam sie do krystalicznie czystej rzeki, a tam niespodzianka metr piedziesiat glebokosci. Mysle: nie polamalem sie schodząc to kur... utonę, pieknie, baran ! Jak juz dotarlem do dna butami, to postanowilem pogliźdić, wkońcu stalem w samej rynnie. I tak rozpocząłem druga część świenego łowienia 😎 7 lipieni wyciągam spod butów. Udalo mi sie wyłapać wzrokiem ciut plytszą wodę (1,49m)i przechodzę z sercem w przełyku na drugi płaski brzeg. Teraz moge komfortowo prowadzic raczki Patryka Doławiem jeszcze 4 maluchu i...mam tąpniecie po szczytówce. Myśle:bieługa (dawno jej nie bylo;)), ryba oplywa mnie dookola pokazuje swoje srebrzste cielsko i już wiem, że to nie bieluga. Wiwija dwa strassburgery trzy haselhoffy i ląduje telemarkiem pod trawami. Niestety moja sierotowatość i podbierak "atrapa" Powoduje, że ryba sie wypina... Stwierdzam, że są koła które swoją pracą i dbalościa o wodę, którą sie opiekują,potrafią sprawić abyśmy już zawsze myśleli tylko o muszkarstwie, bo co jeszcze mogło mi sprawic wczoraj tyle radości co wigilijny wypad nad pstrągowo-lipoeniową krystalicznie czysta rzekę... Brawo Pzw Opole !
  24. 14 points
    2017-12-11 Odra Dwa brania w w odstępie 7 minut. Pierwszy około 45 cm. Przynęta "Kopyto Relax" 7cm w kolorze żółtym z czerwonym celownikiem na 5 gramowej główce. Drugi, to już fajny motywator w rozmiarze 63.
  25. 14 points
    Hmy.....a z drugiej strony łowił @jaceen, wracałem z nim do auta i o żadnym kleniu nie wspomniałtaki to tajniak z niego!!! Nawet jak mu mówiłem, że marzył mi się klenio ładny. Więc THE END musiałem przesunąć na dzisiaj. Spontan. Pobudka! I ogień. Dzisiaj było jakoś pusto nad wodą. Komercji nie było Trzy ryby na brzegu. Każda z innego gatunku. I tak rosnąco: klenik około wymiar, okoń 22cm No i była ryba dnia: Ostra walka! Prowadziłem tuż przy zaroślach i ....zaczep, który po chwili ciągnie do środka Ślumpy. Hamulec miałem dociągnięty to mi dało fory. 60cm! Czyli mamy jeszcze parę grubych ryb do zarybienia Teraz już na pewno THE END!!!!