Skocz do zawartości
tokarex pontony

Leaderboard

  1. jaceen

    jaceen

    Redaktor


    • Punktów

      1115

    • Ilość dodanej zawartości

      3666


  2. RSM

    RSM

    Użytkownik


    • Punktów

      481

    • Ilość dodanej zawartości

      144


  3. Booryss

    Booryss

    Użytkownik


    • Punktów

      412

    • Ilość dodanej zawartości

      1271


  4. Budek

    Budek

    Zwycięzca Street Fishing Poland Grand Prix 2018


    • Punktów

      386

    • Ilość dodanej zawartości

      748



Popular Content

Showing content with the highest reputation since 24.01.2018 in all areas

  1. 30 points
    No pozamiatane. Nie wiem od czego zacząć bo jeszcze się trzęse!!! Pobudka przed 6 rano kawa uzbrojenie wędki w domu żeby nie marznąć nad wodą. Po 6 oddaje pierwsze rzuty zimno pada wieje do dupy. Melduję się pierwszy maluch a później nic, więc zmieniam miejsce tam gdzie zgrupowała się drobnica. Pierwszy rzut i coś tam uderzyło ale wcięcie puste oddaje kolejny rzut kilka podbić nie regularnych i bum czuje duży opór myślę szczupły ale nie wyczuwam na kiju zębów i cały czas trzyma mocno się dna co to będzie?? Odjazd około 15 m 🤤no będzie grubo po chwili walki pod nogami wypływa bestia jakie widziałem tylko na zdjęciach nogi miękkie i ciarki po plecach 😲 Nie wiem czy będzie dane mi złowić jeszcze kiedykolwiek taki okaz Kijek do 5gr pletka 0.06 i FLUOROCARBON 0.15 DO 1.8KG przypuszczam że ważył bardzo podobnie W Fotka na pamiątkę buziak i do wody.
  2. 28 points
    Troć, trzy woblery i pierwszy dzień wiosny. Pierwszy dzień wiosny mimo to sceneria zimowa. Dobrze, że temperatura wskoczyła na plus. Ostatnie dni nie dawały szans na wyprawę. Przenikliwie zimny wiatr i -5°C skutecznie mnie zatrzymały. Siódmy tydzień mija, a ja uganiam się za trocią. Dwa lata temu było trochę przypadku, a później już świadomie za nimi chodziłem. Złowiłem dwie sztuki z czterech, jakie miałem na wędce. Początek obecnego sezonu mam bardzo udany. Było sporo kleni a przy okazji wypatrywałem ewentualnego stanowiska troci. Wtedy było łatwiej. Zdradzały swoje miejsca. Jedną podchodziłem trzy dni. Udało się połowicznie. Branie nastąpiło, ale miejsce bardzo trudne i skończyło się na wyprostowaniu grotów. W tym sezonie żadnych znaków. Chodzę po omacku. Jedynie dobrze rozpracowałem klenie. Nawet trafiłem jednego +50 cm. Wtorek 20 marca jest pierwszym dniem wiosny. Pomyślałem, że w taki dzień może się poszczęści? Zakładam nieduże woblery własnego wykonania. Na tej wodzie mam przekonanie do ciemnych, na których dodatkowo mogą być złote, żółte, czy czerwone akcenty. Nie powinny schodzić głębiej niż metr. Zaczepów tu sporo i o straty łatwo. W zasadzie łowię dość wysoko. Ostatnio stan wody jest dość niski i ryby podnoszą się do przynęt bez problemów. Łowię godzinę i nic się nie dzieje. Tym razem idę drugim brzegiem. Co ciekawsze miejsca obławiam na zmianę trzema woblerami. Tymi, które ostatnio dawały nawet w najgorsze dni rezultaty. Jak na nie, nie będzie brań, to już nic nie poradzę. Zatrzymuję się na kolejnym miejscu. Piję ciepłą herbatę i wpatruję się w wodę. Obserwuję układające się prądy nurtu i planuję, jak obłowić najdokładniej miejscówkę. Dzień wcześniej wymieniłem w woblerze ster na szerszy, aby podczas łowienia szerokim łukiem ograniczać kręcenie korbką kołowrotka. Staram się, aby woda sama nadawała przynęcie pracę walczącego stworzenia z nurtem. Wykonuję kilkanaście rzutów. Woblerek jest dobrze wyczuwalny na wędce. Lubię takie, bo nie spływają szybko, dając opór nurtowi. Jest kilka miejsc, gdzie uciąg gaśnie i tam trzeba kołowrotkiem skasować luz linki i nadać kierunek przynęcie. Minęło może piętnaście minut. Kolejny rzut pod przeciwległy brzeg, trzy ruchy korbką i linka napina się. Widzę miejsce jej styku z wodą. Kontroluję całą trasę. Gdy jest w okolicach środka rzeki, następuje delikatne „puk”. Zacinam, ale niezbyt energicznie. Pierwsza myśl, mam klenia. Jednak w ułamku sekundy ryba podeszła pod powierzchnię i zaczęła po trociowemu robić młynki. Już na sto procent byłem pewny, że właśnie mam do czynienia z trocią. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z sytuacji. Gdy zacząłem hol, to wprowadzałem ją w rynnę z mocnym nurtem. W początkowej fazie musiałem oddawać linkę, wyprowadzać na spokojniejszą wodę i ponownie holować. Trwało to może ze trzy minuty. Zrobiłem taki manewr dwa razy. Trzeci raz pewnie by się nie udało. Szczęśliwie przy samym brzegu podholowałem rybę i już nie popełniłem błędu, jaki zrobiłem dwa lata temu. Aparat ustawiony na szybką serię zdjęć i ryba wraca błyskawicznie do wody. Nawet nie dała się nacieszyć swoim widokiem, tak wyrwała w nurt. Na spokojnie obejrzałem woblera i kotwice. Dobrze przewidziałem, jeszcze jeden raz powtórzyłbym manewr, to prawdopodobnie przegrałbym. Kotwiczka z rozgiętymi grotami (zadziory zlikwidowane) nie dawała gwarancji, aby wydłużanie holu powiodło się sukcesem. Muszę się przyznać, że nie jest to największa ryba, jaką złowiłem, ale dała mi najwięcej radości. Może z powodu długiego oczekiwania na ponowne spotkanie z trocią? Dodatkowo przemierzone dziesiątki kilometrów, wypatrywanie i to, że w tle zawsze pojawiały się klenie i nie zniechęciłem się porażkami, jak w poprzednim sezonie. Tego dnia dołowiłem jeszcze sześć kleni. Brały energicznie i z przytupem. Wszystko to działo się na trzy czarne woblery wystrugane pewnej mroźnej zimowej nocy. Łowiłem Mikado Da Vinci Travel Spin 5-25 g; plecionka 0,10; woblery 4 - 5 cm. pzdr., jaceen
  3. 19 points
    Dzisiaj szybki wypad nad wodę przed wieczorem.....kilka dni mnie nie było nad Bystrzycą a ostatnio płynęła zupa, ciekawe czy coś się poprawiło? Woda dosyć klarowna, lekko podniesiona, miejscówkę wybieram szybko nie szukając nic po rzece. Po pierwszym rzucie czuję że ryby są aktywne bo sporo skubnięć. Rzucam pod drugi brzeg i powoli ściągam wachlarzem....mocne szarpnięcie ...i siedzi kleń taki około 40 cm Tak się zaczęło, brały te większe sztuki 40+....co zarzucenie wyciągam rybę i to z jednej miejscówki. Brania konkretne i bardzo mocne Po kilkunastu rybach przestałem liczyć, myślę sobie skoro tak dobrze ryby żerują może uda się złowić coś większego,ale i tak z tego co udało się wyholować byłem bardzo zadowolony. Po kilku rzutach czuję mocne przytrzymanie....zacinam w punkt i siedzi...ale co to? strasznie muruje, jako przyłów zapięła się spora brzana, lecz po krótkim holu wypina się pod moimi nogami. Zmieniam miejscówkę i obławiam w dół rzeki, jako wabik zapięty bonito 2 cm, który dzisiaj był bardzo skuteczny, lecz tuż przed zmrokiem brania ucichły. Szybka zmiana przynęty na oliwkowe bonito ale 5 cm....może skusi się coś większego skoro maluchy poszły spać? Kilka rzutów wzdłuż rzeki z nurtem, czuję kilka puknięć, wobler głęboko schodzący opukuje żwirowe dno, nagle zaczepia się, niedaleko ode mnie więc wyczepiacz do woblerów dał radę go wypiąć....szkoda byłoby tak łownego wabika....myślę sobie. Ostatni rzut posyłam daleko pod krzaki na przeciwległym brzegu, ściągam powoli przynętę i nagle czuję opór, odruchowo zacinam.....w coś się wpięła kotwiczka....czyżby znowu zaczep.....przebiega myśl w głowie, za daleko żeby wyczepić woblera, szkoda go myślę, trwa to ułamki sekund. Nagle czuje jak ryba pompuje wędką.....jest! coś jest! mega duże bo wędka aż trzeszczy, kołowrotek gra słodką melodię, ryba majestatycznie bez szaleństwa płynie pod prąd...i dobrze bo płynie w moim kierunku. Pewnie duża brzana?, lecz po niedługim holu melduje się w podbieraku mój życiowy kleń, w sumie kleniozaur! 63 cm dumy i szczęścia....czego życzę wszystkim pasjonatom tego pięknego sportu.
  4. 19 points
    2018-02-13 Bystrzyca Kolejny dzień spędziłem na Bystrzycy. Początek sezonu jest dla mnie bardzo udany. Złowiłem kilkadziesiąt spinningowych kleni. Kiedyś nie mogłem nawet o tym pomarzyć. Bywało, że cały miesiąc traciłem, aby mieć jedno kleniowe branie. Dzisiaj postanowiłem skoncentrować się na dwóch miejscach. Ryby nie były chętne i trochę się nagimnastykowałem, aby cokolwiek skusić. Obecnie najczęściej sięgam po robione ręcznie wieloczęściowe woblery. Stan rzeki pozwala dokładnie obłowić nimi wszelkie obiecujące miejsca. Bystrzyca pochłania sporo przynęt i kolekcja łamańców poważnie zmalała. Czy trzynasty lutego będzie na tyle pechowy, że zabierze kolejną przynętę? Na początek łamię ster na konarze podczas wyrzutu. Później łapię zaczep. Udaje się uwolnić a w zasadzie wyrwać zatopioną reklamówkę. Następnie wobler ląduje na gałęziach. Ponownie uwalniam. Chyba jednak będzie dzień pechowy. Jak na trzynastego przystało. W pierwszej godzinie łowię dwa klenie do 35 cm. Miałem też wyjście czegoś większego. Dwa razy zaatakował woblera i tylko duża fala odpływającej ryby została mi na pamiątkę. Do zmierzchu doławiam kolejne dwa klenie. Ciągle brakuje mi tych większych. Wszystko kończy się w przedziale 30-40 centymetrów. Jest okazja by ustawić pracę kilku zrobionym woblerkom. Pogoda dzisiaj jest znośna, to postanawiam zapolować na nocnego klenia. Wybrałem wygodną miejscówkę. Wobler bez zmian. Rzuty wykonuję prostopadle do brzegu i na napiętej plecionce sprowadzam wachlarzem pod swój brzeg. Staram się jak najmniej ingerować w jego pracę . Niech woda robi swoje. Czasami delikatnie kasuję luz linki. Po kilkunastu minutach mam lekkie trącenie. Nie jestem pewien. O tej porze roku wybudziłyby się nietoperze? Po kilku kolejnych rzutach kolejne trącenie. Jestem pewien, że to ryba. Mija kilka minut i mam delikatne przytrzymanie. Lekko zacinam. Szarpnęło kijem i coś się w wodzie zakotłowało. Nie trwało to długo. Ryba po kilku ewolucjach wypina się i zostawia mnie z rozdziawioną japą. To była ładna sztuka. Po chwili dociera do mnie, że to mógł być piękny zimowy nocny kleń. Daję sobie jeszcze kilkanaście minut. Już nie wierzę w powtórkę. Co ja gadam, przecież miałem tyle skubnięć, że pewnie jest tu ich więcej. Może jeszcze któryś się połakomi? Po kolejnych kilku próbach następuje to, co wędkarz lubi najbardziej. Takie mocne łup! Takie, co czuć aż do łokcia. Moja reakcja też jest zdecydowana. Wiem, że ryba jest duża i nie obędzie się bez podbieraka. Brzeg wysoki i będę miał problemy. Zsuwam się rynną wyślizganą przez bobra i znajduję zaparcie. Chyba dam radę. Zapalam lampkę. Widzę w wodzie pięknego klenia. Wygląda, że dobrze się zapiął. Kotwiczki bez zadziorów dają mu większe szanse na uwolnienie się od woblera. Jak popełnię błąd przy podbieraniu, to pewnie tak się skończy. Tym razem ja wygrywam. Kleń z problemami, ale ląduje w podbieraku. Udaje się bez szwanku wyjść na brzeg. Mierzę, robię zdjęcie i wypuszczam rybę do rzeki. Chwilę siedzę i ogarniam całą sytuację. Miałem jednak wiele szczęścia. Dwie spore ryby dzisiaj się odpinają. Nie zerwałem woblera. Jedynie wyłamałem ster. Z tym sobie poradzę. Złowiłem kilka średniaków, a na koniec łowię kapitalnego klenia. Pierwsza pięćdziesiątka w sezonie. W dodatku zimowa i złowiona w nocy. pzdr., jaceen
  5. 18 points
    Piękne połowy! Brawo WY! U mnie po wyjeździe na Wag dominują inne priorytety niż ryby. Na forum nie wchodziłem, żeby się nie denerwować i nie żałować Produkcja jeszcze trwa, ale coś już powstało.
  6. 18 points
    Moja ulubiona miejscówka sandaczowa przestała wczoraj być moim eldorado, uwiesiły się tylko dwa kruciaki ok 48cm 😕 więc pojechałem dzisiaj sprawdzić czy sandacze zmieniają porę żerowania i chyba znalazłem powód zmniejszenie się ilości brań 😊 Na koguta 20g ładnie się uwiesił sum 120cm 11,564kg, po braniu odrazu wiedziałem co jest grane bo w momencie uderzenia natychmiast odjazd, ok 20min pięknej zabawy plus obolałe prawe ramię ale tak boleć to może mnie codziennie 😊
  7. 18 points
    Otwarcie sezonu sandaczowego 96cm 9.150kg
  8. 18 points
    Postanowiłem nachodzić się po brzegach Ślęzy i dokładnie obmacać ciekawsze miejsca. W godzinach przedpołudniowych nigdy nie miałem dobrych wyników, to więcej obserwowałem. Jak już zacząłem łowić, to wykonywałem po kilkanaście kontrolnych rzutów i przechodziłem dalej. Kilka z podbiciem przy dnie, kilka przeciągnięć w toni i przy powierzchni. Większość czasu łowiłem gumkami. Na płytszych i szybszych odcinkach sięgałem po swoje smużaki i tam skupiałem się na kleniach. Porywisty wiatr bardzo utrudniał łowienie. Musiałem szukać odcinków osłoniętych drzewami i wysokimi trzcinami. Nie liczyłem na sukcesy. Długi czas byłem na zero. I nagle ŁUP!!! Wędka ładnie się gnie, a ja od razu czuję, że coś nie tak. Błysk wielkiego cielska, w ułamku sekundy dał mi nadzieję, że może być okoń rozmiarów ryby Budka. Hamulec delikatnie jęknął i po kilkunastu sekundach wszystko jasne. 47 cm Widziałem w Ślęzie leszcze i słyszałem, że są łowione. Mnie udało się jegomościa złowić pierwszy raz. Zapięty prawidłowo, czyli są na etapie wyjadania sieczki, która w wielkich ilościach pojawiła się w rzece. Po tym zdarzeniu zacząłem wracać i ponownie łowiłem w miejscach, gdzie pokazywały się okonki. Liczyłem, że przed zmierzchem zaczną być aktywne te większe. Nie myliłem się. Na początek mam dwa piekielne uderzenia i za każdym razem kołowrotek jęczy oddając plecionkę, by po chwili ryby wypluły przynęty. Obwiniam hak jigowy i zmieniam na inny. Odwiedzam kolejne miejsca. Wyjmuję pierwszego porządnego okonia w tym sezonie. 28 cm Porównuję walkę tego i te dwa stracone. Wyobraźnia szaleje o ich rozmiarach. W następnym miejscu znowu piękny okoń. 30 cm Po nim tracę następnego. Miałem kończyć, ale jeszcze na kilkanaście minut wróciłem do miejsca, gdzie straciłem największe ryby. Łowię jeszcze jednego okonia. 29 cm W sumie złowiłem kilkanaście ryb, kleniki, okonie i leszcza.
  9. 18 points
    Dzisiaj to sobie połowiłem. Jakaś masakra! Gdyby nie kolega, z którym razem dreptałem po "trociowym" odcinku, to kto by uwierzył? Było jak na filmach Tomka Winiarskiego z łowienia zimowych kleni na Ropie. Prawie w każdej miejscówce kontakty z rybą. Jak nie wyjechała, to przynajmniej kończyło się na braniu, albo na kilku skubnięciach. Ryby rozrzucone po całej szerokości rzeki. Sprzęt taki w miarę uniwersalny. Tak, żeby było można machnąć kleniowym woblerkiem pod przeciwległy brzeg i żeby był zapas w razie czegoś większego. Liczyłem na trociowe otwarcie. Plecionka 0,10, wędka do 25 g. Ile rybek spadło? Nie wiem. Było tego sporo (10?). Samych puknięć, skubnięć, szczypnięć było dużo. Nie jestem w stanie podać realnej liczby. Powiem, że przynajmniej trzy razy więcej niż złowionych ryb. A złowiłem 16 kleni. Wielkość nie powala, ale 1 lutego, jeżeli chodzi o spinning i klenie, jeszcze czegoś takiego nie przerabiałem. Kolega też połowił. A przynęty nasze znacznie się różniły. Może trafiliśmy na dobre żerowanie? Brań można było spodziewać się wszędzie, środek koryta, wlewy, napływy, burty, cofki, gdzie tylko wyobraźnia podpowiadała. Taki był po prostu fartowny dzień.
  10. 17 points
    W dniu 03.06.2018 we Wrocławiu Koło PZW "ASTRA" na zlecenie Kapitanatu zorganizowało Mistrzostwa Okręgu w Dyscyplinie Muchowej. Zgodnie z harmonogramem po zgłoszeniu zawodników nastąpiło losowanie par. W wyznaczonym sektorze rozpoczęto łowienie w dwóch turach. Pierwsza w godzinach 9:00 – 11:00 i druga 12:00 – 14:00. Ozdobami zawodów były piękne klenie naszych forumowych kolegów, 53 cm (Odys80) i 52 cm (GuCeK). Do punktacji były doławiane okonie i jazie. W ogólnej klasyfikacji od pierwszego do trzeciego miejsca zajęli kolejno Radek (w środku), Michał (z lewej) i Grzegorz (z prawej). I tu słowo mojego komentarza do zawodów, które odbyły się w bardzo miłej atmosferze, przy pysznym posiłku ( kiełbasa z grilla, ogóreczki małosolne, grochówka, łakocie, kawa). Brak obycia w zawodach spowodował, że łowiąc nawet piękny okaz ryby można spaść z „pudła”. Brak punktów w jednej turze powoduje, że tracimy szanse na wysoką lokatę. Od siebie gratuluję Radkowi zwycięstwa. Tym bardziej że złowiona ryba na zawodach jest nowym PB kleniowym, podwójny sukces. Łowiąc ryby w pierwszej turze i doławiając dużego klenia w drugiej, nie dał nam żadnych szans. Oby proroctwo Krzysztofa się sprawdziło i ...gdy będą rozpoczynały się wakacje, czołówka okręgu będzie walczyć w 42 Muchowych Mistrzostwach Polski seniorów o najlepsze pozycje. Trzymam kciuki i czekam na dobre wieści z Dunajca. Dziękuję wszystkim za uczestnictwo i mam nadzieję, że z każdym sezonem będzie nas przybywać.
  11. 17 points
    Przygotowania na maj zacząłem w ostatnim tygodniu. Do zrealizowania miałem dwa zadania: - skompletować nowy sprzęt, do nowej zabawy - zaliczyć detoks od ślęzańskich kleni Odpuściłem spinning i postanowiłem wraz z synem spędzić czas w słoneczku na pobliskich jeziorkach z rozstawionymi feederkami. Syn miał okazję poćwiczyć holowanie, bo ryby dopisywały przy każdym wyjściu. W środku miejskiego blokowiska, łowienie jak na komercji , a jednak woda PZW: i nie PZW: Znalazłem też czas dla Ślęzy, ale z inna taktyką, która poskutkowała rozwiązaniem zagadki bąbelków z dna: Aż w końcu przyszedł maj i zacząłem zabawę castingiem. Mój pierwszy raz miał być przede wszystkim nauką rzucania. Okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny i nie musiałem spędzać czasu na rozwiązywaniu bród Szybko zacząłem koncentrować się na miejscówkach i normalnym łowieniu. Lokacji dla spinningisty było niewiele, bo brzeg został obstawiony gruntówkami - w końcu dni wolne i jeszcze z piękną pogodą. Ale udało się coś wyskubać: Równo wymiar, więc nie jest to medalowa zdobycz, ale pierwsza ryba złowiona castingiem, pierwszego dnia prób. Dlatego amatorzy mają przyjemnie - każda nowość cieszy Potem poszedłem z castingiem na Ślęzę i wyjąłem dwa niewymiarowe szczupaki. Ale większym sukcesem było 0 strat w przynętach, 0 splątań i poczucie swobody w prowadzeniu i podawaniu w wybrane miejsce przynęty. Myślałem, że na początku będzie tragedia.
  12. 16 points
    Dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu. Nieludzka pora pobudki i nabrzmiałe jeszcze snem powieki, ledwie zmrużone dwie godziny wcześniej, nie ułatwiają podjęcia nieuniknionej decyzji o opuszczeniu pieleszy. Kto z kolegów wpadł na tak wczesną porę wyjazdu? Pytanie czysto retoryczne, bo oczywiście wiem . Daleka droga przed nami, ale są jakieś granice przyzwoitości. Nic to, nie czas już na takie dywagacje. Zebrałem wcześniej przygotowany sprzęt i bagaże, dopiłem ostatni łyk kawy i dokończyłem symboliczne o tej porze śniadanie [?], Jak nazwać śródnocny posiłek, drugą kolacją czy przedśniadaniem? Zebrałem po drodze kolegów i w drogę. Drugim autem podróżuje pozostała część ekipy – to ta bardziej zadziorna i rozigrana J Droga do celu naszej podróży nie jest tak oczywista, jakby się mogło wydawać, toteż błądzimy tu i ówdzie, a nawet jedziemy pod prąd. Co tam, pewnie i tak więcej mnie nie na wyprawę nie zabiorą, to mogę i prąd. Na nawrotkę na ręcznym na „esce” jednak się nie zdobyłem… Nie siedziałem jeszcze w areszcie w bratnim państwie, ale i tak nie pałam. Koniec naszej radosnej podróży zwieńczył zakup licencji, wizyta w sklepie po kilka much „na wzór”, zrzucenie gratów na kwaterze i upragnione przywitanie z chłodną i niemałą wodą. Znów cholera idzie z zapory i z gór sporo ha-dwa-o. W ojczyźnie rzeki na południu ledwie sączą się po kamieniach, a tutaj woda prawie zdejmowała nam śpiochy z nóg, gdy weszliśmy nieco powyżej kolan. Przechodzimy z Patrykiem pozornie niewinne bystrze bardzo czujnie i gdyby nie kijki do brodzenia, jako trzecia noga, to pewnie bliżej integrowalibyśmy się z fauną i florą wodną. Bystrze kończyło się kamienistą przykosą, za którą woda zwalniała i robiła się zdecydowanie głębsza. Tutaj łatwiej było utrzymać równowagę, a przede wszystkim miejsce „pachniało” rybą i było wręcz podręcznikowe. Systematycznie zaczęliśmy czesać tę głębszą wodę streamerami, co po kilku zmianach przynęty i sposobu jej prowadzenia poskutkowało tęczakiem-trzydziestaczkiem, który połakomił się na fantazyjną, kolorową muszkę. Tak sobie łowiliśmy i łowiliśmy bez większych efektów, aż doszliśmy do końca tej płani i trzeba było zatrąbić do powrotu, bo z jednej i drugiej strony nurt gnał jak TLK. Kątem oka zobaczyłem dwóch jegomościów, którzy weszli do wody kilkadziesiąt metrów poniżej nas i zaczęli ciężko łowić spod kija w głębokim, z wstecznymi prądami zakolu. Po kilku minutach w podbieraku jednego z nich pojawiła się pierwsza zdobycz, potem następna i kolejna. No nieeee…, panowie. My tu walczymy z prądem po kolana, a wy po krawędzie woderów, w spokojnej wodzie, wyjmujecie z jednego dołka kilka ryb. Znaczy się można połowić, tylko trzeba się przyłożyć do roboty, a nie relaks i podziwianie widoków. Po krótkiej przerwie na wymianę sprzętu oraz chwilową regenerację, z kabanosem między zębami, batonem i mineralną w kieszeni, wróciłem nad wodę w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do zanurzenia w otmętach nimf. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, w zakolu nikt już nie łowił. Spojrzeliśmy na siebie i nie zastanawiając się, daliśmy nura w nadbrzeżne krzaki, by po chwili stać po piersi w zimnej wodzie. I tak mieszając tymi nimfami, raz cięższymi, raz lżejszymi, w różnych kolorach i kształtach, wyjmuję z tej głębiny tęczaka i chyba ze dwa lipaski. Nic nadzwyczajnego w sumie i godnego uwiecznienia. Zapamiętale mieszając nimfami w rzece, nie zauważyłem kiedy Patryk uciął sobie nad brzegiem drzemkę. Mając na oku kolegę, czy aby nie zwiotczeje za bardzo we śnie i nie osunie się do wody, powoli przesuwam się z nurtem w kierunku płytszej i szybszej wody. W takim nieszczególnym miejscu mam branie, ale chyba lekki rozprężenie cielesno-umysłowe spowodowało, że tracę ładną rybę po krótkiej walce. Patryk zdążył się ocknąć a mnie po tej krótkiej dawce adrenaliny zaczynało się udzielać zmęczenie. Zwinąwszy zestaw udałem się niespiesznie do miejsca spoczynku, spoglądając na łowiących w oddaleniu kolegów. Na zakole wróciłem wieczorem znów ze streamerem. W końcu jak mam nic nie złowić, to połowię chociaż z przyjemnością i frajdą prostowania dłuższego kawałka sznura. W zakolu nic się nie działo, jedynie mijany w drodze Patryk z emocjami w głosie mówił, że miał na kiju rybę wielkości małego dzika. I tak rzucając tu i ówdzie, mijając nieciekawe kawałki wody, na dłuższej, prostej płani, gdzie dało się łowić bez podcinania nóg przez napierającą masę wody, mam strzał w białego streamera. Odruchowo zaciąłem, choć nie było takiej potrzeby, bo coś konkretniejszego pewnie było zapięte na końcu zestawu. Długo nie widziałem ryby, bo trzymała się dna, wyciągając co raz kilka metrów linki z kołowrotka, to znów zmuszając mnie do błyskawicznego kasowania luzu. Wreszcie dała się naprowadzić do podbieraka. Potokowiec. Srebrny taki i z bladymi kropkami. No nic, idziemy na brzeg mierzyć tego wojownika. 45cm. Przy próbie sfotografowania, odbija się ogonem od podbieraka i… po chwili łypie na mnie już z nurtu i majestatycznie odpływa. Na wieczór mieliśmy zaplanowane integrowanie się przy kuflu przepysznego tutejszego piwa oraz już na kwaterze – tradycyjne warsztaty muchowe, ale zmęczenie pozwoliło tylko na pierwszą część, czyli po jednym i spać. Nazajutrz kilka minut po szóstej zameldowaliśmy się w innym miejscu – poniżej mostu, kawałek w górę rzeki od naszej kwatery. Konsekwentnie trzymam się streamerowania, stawiając na przyjemność, kosztem efektywności – jak się miało wkrótce okazać. Po kilku minutach mam piękne branie, ale hol kończy się wypięciem ryby. Nastroiło mnie to optymistycznie, że może jednak będzie, i przyjemnie, i skutecznie. Kilka metrów niżej, znów widowiskowe wyjście do prowadzonego tuż pod powierzchnią przynęty. Łowiłem linką z tonącą końcówką, ale szybki nurt pod koniec prowadzenia i tak wynosił muszki pod powierzchnię wody. Szybki hol, choć ryba walczyła dzielnie i potokowiec około czterdziestocentymetrowy ląduje w podbieraku. Biały streamer wykonany na kilka dni przed wyjazdem, znów okazał się skuteczny. Za łamiącym nurt kamieniem mam kolejne branie, ale tym razem ryba wychodzi zwycięsko. Tymczasem Patryk z brzegu turla nimfy w zwolnieniach za kamieniami. O, Grześ do nas dołączył – też nimfując. Tymczasem Bartek przysłał MMS’a z drugiego brzegu z dwoma niezłymi tęczakami. No nie powiem, poziom zazdrości we krwi nieco wzrósł. Z tego stanu szybko mnie wyprowadziły pełne emocji krzyki dochodzące z brzegu, bo Patryk miał na końcu zestawu jakąś kłodę, niedającą się oderwać od dna. No nieźle, na delikatnym zestawie zabawa się przeciągała w czasie, a my nadal nie widzieliśmy z kim Patryk ma do czynienia. Nie wiem jak długo to trwało, ale po kilku próbach naprowadzenia ryby do podbieraka, ta salwowała się ucieczkami w nurt, gdy wreszcie stojący w pogotowiu Grześ, sprawnym ruchem podjął pięknego, grubego jak kłoda tęczaka. Stałem w pewnym oddaleniu od tego widowiska, ale szeroką fioletową pręgę na boku widziałem dokładnie. Całe 66cm szczęścia na takie małe coś na haczyku chyba nr 18. Jak on to zawiązał do żyłki 0,16?. Gratulacje Patrzyk! Ki diabeł podszepnął mi dziś tego streamera, skoro na nimfy takie kloce siadają? Wracać po zestaw do nimfy nie bardzo mam ochotę, tłumacząc sobie, że może jednak nie będzie tak źle, skoro jedna ryba w podbieraku a i dwa fajne brania też się zdarzyły. Przemek też konsekwentnie tego dnia trzymał się strima i w nagrodę, może za wytrwałość, zaliczył fajnego pstrąga. Wieści z teatru działań na innym odcinku rzeki mówią, że Marcin wyjął tęczaka 61cm. Worek z kabanami się rozwiązał, ja tymczasem poza jeszcze jednym pstrągiem, nie miałem się czym pochwalić. Wracając z Przemkiem na kwaterę, co i raz obławiamy spokojniejsze miejsca, których przy tym podwyższonym stanie wody za wiele nie ma. Gawędzimy przy okazji i miło spędzamy popołudnie, bez ryb jednak. Kończąc dzień z mocnym postanowieniem poprawy więcej nie próbować streamera. W końcu nie przyjechaliśmy tutaj dla przyjemności. Wrócić i nie mieć się czym pochwalić na forum, toż to dyshonor i ujma. Jak postanowiłem, tak też konsekwentnie podjąłem wyzwanie wytrzymania dnia, turlając ołów po dnie. Nigdy nie lubiłem przepływanki bez spławika… W sklepie wędkarskim „za rogiem” kupiłem kilka egzemplarzy miejscowego rękodzieła, co tylko przy dużej dozie wyobraźni można by nazwać „muchami” Ciężkie to takie, że spinningiem da się dorzucić na drugi brzeg, a wpadając do wody, przypomina odgłos keitecha na 5g główce. No ale nie ma zmiłuj. Sprzedawca zapewniał, że „to je vyborne”. No dobra, jak się nie sprawdzi, to chociaż zostanie do kolekcji, chyba że zerwę te monstra na zaczepach. Do dziewiątej nie miałem nawet brania, choć koledzy co i raz coś holują. Jarek był w ogóle poza konkurencją i dobrze, że stał daleko, bo pałałem chęcią trzepnięcia go w kapelusz tym ciężkim czymś na końcu zestawu. Żeby zrobił sobie dłuższą przerwę, ma się rozumieć Zawiązałem, trochę bez przekonania, jakieś fioletowe maleństwo na troku, a na prowadzącej nieco cięższego pomarańczowego kiełża. No i za trzecim przepuszczeniem zestawu, poczułem silne branie. Nie jakieś subtelne przesunięcie czy zatrzymanie ledwie widoczne, tylko rąbnięcie wyginające kij. Ha ha… Jak ja nie cierpię tej nimfy, to szkoda słów. Żadnej przyjemności z tego machania jak cepem. No chyba, że takie coś walczy na drugim końcu Kilka odjazdów, murowanie przy dnie, wyskok pokazujący pręgę w promieniach słońca, kilka prób podebrania i jest. Nie tak duży, jak kolegów, ale miarka pokazała 47cm. Jaro zrobił zdjęcie. Tradycyjne buzi (rybie, nie Jarkowi) i do wody. Do południa zaliczyłem jeszcze kilka lipieni i tuż przed przerwą na posiłek, poniżej filara mostu na tego samego fioletowego paproszka prowadzonego w pół wody, majestatycznie wyszedł z głębokiej dziury piękny tęczak. Wszystko doskonale widoczne, prawie jak na dłoni. Zacinam i czuję, że zabawa będzie dłuższa. Repertuar rywala jest znacznie bogatszy niż poprzednika. Nie jest łatwo go zachęcić do zbliżenia się w rejon podbieraka, na którego widok kilkakrotnie ryba zrywa się do ucieczki w nurt. Wreszcie jest. Śliczny. Miarka pokazała równe 50cm. Jakby nie było, tęczowa życiówka . Po południu trochę się rozrzedziło i ani się spostrzegłem, a w zasięgu wzroku miałem tylko Grzegorza i Jarka. Nie wiem gdzie się podziali pozostali koledzy. W spowolnieniu nurtu pod lewym brzegiem, w miejscu, które obdarzyło największą liczbą ryb, zapinam tęczaka. Trochę mnie wyrwał z zamyślenia silnym kopnięciem w prawie zawieszoną w nurcie nimfę. I to wcale nie fioletową, a klasyczną, zielonkawą hydropsyche. Wypuściłem pstrąga i znów zapadłem w jakieś zamyślenie, jednak dzikie krzyki kolegów łowiących niżej szybko mnie przywróciły do pełnej świadomości. O Perunie gromowładny, co za potwora Jarek holuje? Holuje, ba. To tęczak robi z nim co chce. Dzikie wyskoki, ucieczki z nurtem, odjazdy jak torpeda i Jarek podążający za rybą w dół rzeki. Grześ z gotowym podbierakiem, ćwiczył starty jak do sztafety przez płotki, robił piruety w nurcie, co skończyło się efektowną przewrotką na plecy z pełnym zanurzeniem. Peryskop tylko w postaci kamery na czapce wystawał ponad lustro wody. Jarek tymczasem wytrwale trzymał wariata w spienionym nurcie daleko od miejsca, gdzie nastąpiło branie. Grześ pozbierawszy się z podziwiania podwodnego świata, chwyciwszy podbierak w dłonie, wystartował by dogonić oddalającego się za rybą Jarka. To nie mogło się skończyć zgodnie z planem. Drugie zanurzenie zaliczone i gacie mokre od środka do samych skarpet. Zmagania z dzikusem (pstrągiem, nie Grzegorzem) zakończyły się w podbieraku. Tęczowy szaleniec nie okazał się rekordem świata i aż dziw bierze skąd w przeciętnej (jak na tę wodę) rybie tyle, nomen omen, ikry? Pod wieczór poszliśmy niżej, do miejsca, gdzie nurt przelewa się z jednej strony rzeki na drugą, a za zatopionymi kamieniami tworzy się długi i szeroki warkocz z wolniejszą wodą. Warkoczysko, właściwie. Poprzedniego dnia widzieliśmy tutaj dwóch mistrzów metody niekoszernej, nękających miejscową ichtiofaunę. Wyglądało zachęcająco, zwłaszcza, że dało się nawet pewnie brodzić w wodzie po… Poniżej pasa. Brały lipienie, na przemian z pstrągami, które miałem problem, by wyholować. Jakoś tak zapięte za naskórek. W promieniach chylącego się za góry słońca brania ustały i czułem już cały dzień w kręgosłupie. Miałem jeszcze ochotę wrócić w pobliże mostu, ale ból miejsca, gdzie poniżej następuje utrata szlachetnej nazwy pleców, przezwyciężył nadzieję spotkania z okazem. Tak, tak… emerytura bliżej niż dalej. Poza tym to niebywale smaczne piwo w karczmie opodal, też miało magiczną siłę przyciągania. Wszak został nam jeszcze jeden dzień na zmagania z nurtem, więc na siłę nie zamierzałem się forsować. Nieuchronne musiało nadejść. To jest ten dzień, gdy podświadomość zaczyna dokuczać i przyjemność obcowania z przyrodą powoli miesza się z myślami o powrocie do codzienności i obowiązków. By tę przyjemność trochę przedłużyć, gromadnie zbieramy się nad jednym, całkiem pokaźnym zagłębieniem dna (trochę głębiej niż wodery, prawda Przemek?). A zagłębienie to zamieszkiwało stado tęczaków i to takich, że oczom trudno uwierzyć. A widać je było jak na dłoni. Toż to akwarium niemalże. Żerowały w smugach resztek z dna, podrywanych naszymi butami. Jak lipienie, bez cienia płochliwości, podpływając pod same sznurówki. Cóż było robić? Łowić na upatrzonego – nie przymierzając - stado kormoranów Długo trwało zanim Przemek trafił na co biorą. Tego dnia daniem była żółta nimfka. Cholera, kto ma żółte nimfy? Grześ dobył z zakamarków kamizelki tajny skarbczyk i obdarował chętnych klasycznymi Amber Nymph. No i zaczęły się brania. Nie, żeby od razu, za każdym przepuszczeniem zestawu. Niezbyt łapczywie, by nie powiedzieć z ociąganiem brały, ale coś tam wyjechało w podbierakach do zdjęć i miarek. Królem polowania był oczywiście Jaro. Stojąc na skraju tego stada kormoranów, wiążę złółtą nimfę na skoczka, nie zauważam przy tym, że przypon oplata kilklakrotnie przelotki na szczycie wędziska. Rzucam przynęty w nurt i widzę branie jak na dłoni. Duży tęczak chwyta nimfę i odwraca się majestatycznie. Zacinam w tempo i czuję pulsujący ciężar na końcu zestawu. Ale co jest…? Nie mogę wydać centymetra linki z kołowrotka, a potwór szaleje. Dopiero teraz zauważyłem zapętlony na szczytówce przypon. Jasna cholera, no. Jaro dopada do mojej szczytówki i próbuje uratować sytuację, ale w tym momencie czuję luz na końcu wędki. Piękne zakończenie wyprawy odpływa razem z tęczakiem. Szlag by to... Zwijam sprzęt i już nie łowię. EPILOG Kilka dni po powrocie, praca rzuca mnie na dwa dni w Małopolskę. Oczywiście dyżurne wędzisko leży w bagażniku. Pakując się na wyjazd, stawiam przy drzwiach torbę z woderami i drobnym szpejem do tego wędziska, które leży w aucie. Żona widząc te bagaże z kołowrotkami i pudełkami pyta mnie czy jadę służbowo czy znów na ryby. Nie, no ten… zabieram to, żeby nie stało w przedpokoju. Do pracy przecież jadę. Po południu, po załatwieniu spraw, które dają chleb i czasami zostaje z tego na zakup haczyków, ruszam na pobliską rzekę. Wpadam jeszcze przywitać się z gospodarzem tego kawałka wody oraz odebrać zezwolenie i ahoj przygodo! Cieknące wodery zostawiłem w domu, więc zastępcze gumy pospiesznie wciągnąłem na spodnie od garnituru. Nie ma czasu na zmianę garderoby. Woda niska, że ledwie toczy się po kamieniach. Zanurzam dłoń. Nieprzyzwoicie ciepła, jak na tę porę roku woda w górskiej rzece, trochę zastanawia. Plan był prosty – ryby przy tym stanie wody są pewnikiem schowane w głębszych miejscach, więc zacząłem chodzić po konkretnych „adresach”. Dupsko szybko się pociło w tym biegu w gumowych gaciach i miałem tylko nadzieję, że wyjściowe spodnie jako-tako będą się nadawały na następny oficjalny dzień. Człowiek jest jednak czasami głupkowaty - sobie myślę. W tych warunkach i na szybko, bo do zachodu słońca zostały dwie godziny, tylko mokra muszka. Do latających - mam wrażenie - setkami owadów, nie ma żadnych wyjść. A widzę duże i małe jętki, muchówki i diabli wiedzą co jeszcze. Podnoszę kilka kamieni – nieliczne larwy, chyba chruściki. Dobra, prowadząca March Brown, na skoczka, Pheasant Tail. Przypony cieniutkie, bo woda krystaliczna. No to jedziemy z koksem. Jedna płań, druga, warkocz z głębszą wodą, główny nurt przy kamiennej opasce. Nic, pusto. Jak w dupie po śliwkach, normalnie. Zmieniłem miejsce i przynęty. Na skoczka zawiązałem imitację larwy chruścika, na prowadzącą malutkiego Red Spinnera. Rzut i za kamieniem poczułem lekkie przytrzymanie, Zacinam i sznur przelatuje mi obok ucha. OK. coś się jednak dzieje – przeszło mi przez myśl. W następnym dającym szanse miejscu przykładam się bardziej. Kilka rzutów i mam branie. Drobiazg jednak. Przynajmniej w porównaniu do tych sprzed kilku dni. Niespełna trzydziestocentymetrowy potoczek uwolniony szybko zmyka w ciepłym nurcie. Rozglądam się dookoła, słońce pięknie maluje już długie cienie nadbrzeżnych olch. Zwijam sprzęt. Nigdy nie lubiłem nagród pocieszenia.
  13. 16 points
    Polowanie na okonie ciąg dalszy !!! Kolejna 40-stka do kolekcji🤗
  14. 15 points
    Dostałem sygnał, że woda pod muchę idealna, to długo się nie zastanawiałem. Pojechałem jeszcze za dnia, aby zrobić rozpoznanie. Do wody poleciała mylarowa rybka od Szymanka69. Rybki dość często ją odprowadzały, by w końcu dał się złowić fajny 40+ kleń. Dołączył Booryss i gdy zaczęło szarzeć, przesunęliśmy się pod bardziej sandaczowe stanowiska. Długo nie czekaliśmy. Pierwsze rzuty dały dwa skubnięcia. Po kilkunastu minutach łowię małego sandaczyka. Minęły kolejne i w okolicy spławianej przynęty słyszę delikatne "cmok". Mucha została zassana. Kijek fajnie się gnie, nurt dodaje swoje i zaczęła się walka. Nie długa. Wiem, że wędka, z którą spędzę kolejne sandaczowe wyprawy, wiele zniesie. Jeszcze sporo brakowałoby by "klęknęła" pod rybą. Foto, miarka /52 cm/ i do wody. To była fajna noc. Nie było widać zwariowanej aktywności ryb, przynajmniej przy naszych stanowiskach, ale brania następowały w odstępach kilkunastu minut. Wszystkiego nie udało się zapiąć.Tym razem więcej było sandaczy. W sumie złowiliśmy dziewięć sztuk. Kleni, razem z tym dziennym, pięć sztuk. Booryss holuje rybę. Pół godziny przed północą zdradził soje stanowisko kolejny sandacz. Kilka metrów podszedłem, żeby łowić z krótszej linki. Wolę tak, bo mam zdecydowanie lepszą kontrolę nad zestawem. Może piąty rzut w okolice stanowiska i znowu słyszę fajne "cmok". W pobliżu streamera zrobił się wir. Napiąłem linkę i poczułem narastający ciężar na wędce. Po dwóch minutach mierzymy (54) i robimy pamiątkowe zdjęcie. Do północy miałem jeszcze dwa skubnięcia. Jednak emocji było na tyle, że daliśmy na wstrzymanie do kolejnej wyprawy;) Przynęta bez zmian. Foto post wcześniej. Wędka #6, przypon końcowy 0,22 mm, odcinek rzeki nadający się do brodzenia.
  15. 15 points
    Było wieeeelle rybek, były też takie grubo ponad metr ale w okresie ochronnym. Jedno zdjęcie pokaże. Szczupaczek +90cm rekord życiowy, a nigdy nie miałem szczęścia do tych ryb i odrazu kaban PS. Rybki łowię cały czas, są ładne i bardzo ładne ale zdjęć nie wstawiam bo kilku osoba to przeszkadza.
  16. 14 points
    Największy (159 cm) z wczorajszego rozpoczęcia sezonu
  17. 14 points
    Dziękuję. Napisze troszkę ze swojej perspektywy. Tydzień temu telefon od @Booryss zapisuj się na zawody. Powiedziałem , że na 90% nie ma szans. Po drugim telefonie w tygodniu, postanowiłem podjechać na kanał i sprawdzić czy coś złapie. Czwartek 9.00 melduję się na kanale. Woda mega wysoka, szybka i trącona. Powiedziałem sobie, że jak w takiej wodzie coś złapie to startuję w zawodach. Na haku ląduje mokra mucha. Drugi rzut i holuje klenia 36 cm. Połaziłem do 11. Już nic nie złapałem ale widziałem kilka ładnych kleni. Słowo się rzekło, więc musiałem wystartować. Dzień zawodów. W 6 osób Łowimy praktycznie obok siebie , po lewej młodzież, z prawej Grzesiek a na przeciwko Krokodyl i Jacek. Zakładam sprawdzoną mokra muchę i po około 30 minutach melduje się jazik 34cm, akurat Ventus jest w pobliżu, robimy razem pomiar i pstryka mi pamiątkowa fotkę. Później 30 minut ciszy. Widzę zbiórki, więc zakładam piankowce w jedynym słusznym kolorze. Łowię jednego klenia i kolejnego. Po chwili mega turbo branie. Odjazd kilka metrów, wędka się gnie, czuje bardzo duży opór. Ryba idzie w dół i wpływa w zaczepy. Pęka przypon. Kończy się czas, Ventus ogłasza koniec tury. Wracamy do biura, gdzie okazuje się , że wychodzę na prowadzenie. Szybki grill, łyk pepsi i lecimy na druga turę. Planowaliśmy zmienić miejsce ale po turbo odjeździe planujemy wrócić w to samo. Młodzież wraca z nami i łowimy w 4 osoby. Zaczynam od pianki...nic, zmieniam na mokrą, popper....wracam do piankowych żuczków. Borys mówi do młodzieży , że idzie deszcz i zaraz będą brały lochy....nie minęło 60 sekund, rzucam piankowca i widzę piękne zassanie. W ułamku sekundy orientuję się , że to coś większego i puszczam linkę jednocześnie unosząc wędkę...odjazd! Zaczynam zwijać z kołowrotka. Ryba coraz bliżej podbieraka Gdy ją zobaczyłem, serce waliło mi strasznie. Bez mierzenia wiedziałem, że to będzie moje PB. Miara pokazuje 53cm. Z drugiej strony dochodzi hasło "no i są lochy" Pogoda się troszkę załamała. Silny wiatr. Wracamy Teraz trzeba kombinować sobie wolny 22....
  18. 14 points
    Ja dzisiaj pierwszy raz z feederkiami na dużej rzece. Wisła pięknie mnie powitała,bo leszcze gryzły jak wściekłe. Kilkanaście takich 40-50, 3 sztuki powyżej 60 i w ostatnim rzucie życiówka, 71cm :). Oprócz tego 2 spore certy.
  19. 14 points
    Coś tam do mnie dociera, że Wrocław łowi, to wybrałem się w końcu na nocne odrzańskie klenie. Miejsca wybrałem jeszcze o małej presji. Potrzebuję teraz trochę spokoju;) Dwie nocki i dwa różne tematy. Pierwsza, to niesamowita wyżerka sieczki. Wyglądało, jakby wszystkie gatunki napychały brzuchy wylęgiem. Nie musiałem sięgać po ryby daleko w nurcie. Brań bardzo dużo. Dominowały nienajedzone krąpie. Doliczyłem się dziesięć sztuk. Ale miałem pisać o kleniach, więc udało się złowić siedem sztuk ( 35-47 cm). Dwie duże ryby nie dały się bliżej podholować i nie wiem z czym walczyłem. Po kilkunastu sekundach wypięły się z kotwiczek. Rewelacyjnym woblerem tej nocy okazał się 32 mm "Bochen". Następna noc z postanowieniem, że odwiedzę kilka innych miejscówek. Sytuacja trochę się zmieniła. Woda inaczej się układała. Sieczki nie było widać, to poruszałem się trochę po omacku. Początkowo sięgnąłem po wspomnianego "Bochena". Jednak spróbowałem poszukać czegoś innego. Przecież nie można polegać na jednej przynęcie. Wygrzebałem z dna pudełka zrobionego przez siebie 40 mm woblerka. Za dnia nie dał mi nigdy ryby. Tym razem odczarował się i dał mi dwie największe. Wcześniej tracę coś konkretnego. Dwa groty odginają się i nie utrzymałem ryby. Taka sytuacja miała miejsce dwa razy. Dla odmiany łowiłem też na woblera "Krakuska" 40 mm. Model ten złowił chyba najwięcej ryb w te dwie noce. Żeby było ciekawiej, to znowu dwie duże ryby po jeździe na hamulcu wypinają się z kotwiczek. Z godziny na godzinę rosną w mojej wyobraźni;) Aktywność ryb była widoczna w momencie, gdy plecy odmówiły posłuszeństwa. Łowiłem je całkiem inaczej niż poprzedniej nocy. Nowe doświadczenie na przyszłość. Sprzęt jakim łowiłem raczej delikatny. Moc zestawu do 3 kg i przynęty do 40 mm. Na liczniku miałem 11 kleni ( 40-46 cm).
  20. 14 points
    Jedni wolą świt, ja wolę zmierzch. Osobiście szukam jazi na płytkiej wodzie. Łatwiej mi je zlokalizować. Może to być opaska, rozciągnięte i przelane ostrogi, jakieś przybrzeżne blaty. Bardzo dobrymi miejscami są płytkie przybrzeżne wnęki z zalanym zielskiem (bardzo przerzedzone kępy traw) z wyraźnym nurtem. Takich miejsc nie ma zbyt dużo, ale jak uda się namierzyć, to sukces prawie murowany. Wydaje się, że najlepszymi za dnia woblerkami będą mikrusy 2-3 cm. W nocy można podać większy kaliber, nawet 5 cm. Muchy noc/dzień to inny temat;) W nocy jazie (duże sztuki) zachowują się podobnie do boleni. Atakuje przy samym brzegu i odjazd na środek. Ciężko podejść takiego cwaniaka. Trzeba długo i bardzo cicho podchodzić na długość rzutu. Wachlarzem wprowadzać woblerka w stanowisko i liczyć na szczęście. Dzisiaj trzy jazie, dwa największe na zdjęciach. Wobler od Jacka Zwolskiego "JAZ".
  21. 14 points
    Znowu muszę zaspamować forum Ale tym razem pod naporem syna. Miał dziś urodziny, torcik, imprezka rodzinna i goście zmykają koło 18:00. Syn rzuca hasło, że fajnie byłoby złowić urodzinowego klenia i po 10 minutach jesteśmy nad rzeką. Kleń się zameldował dość szybko. 41cm. I do wody: Potem syn miał atomowe branie. Ledwie zaciął bo wędkę wyrwało z podpórek. Nie był w stanie unieść wędki i po chwili ryba się spięła. Holował już czterdziestki bez problemu, więc takie zdarzenia pobudzają wyobraźnię. Dzielę się więc jego przeżyciem, bo mu zależało
  22. 14 points
    Bardzo mi się podobają Wasze typu Hmmm prawidłowy wynik już padł, ale zabawa trwa więc podbijam - dorzucam do puli drugiego woblerka Po woblerku otrzymają autorzy dwóch pierwszych poprawnych typowań Maluszek też mojej roboty, też 3cm pływający, praca drobna, energetyczna. Wczoraj miałem wolny wieczór, a że spodziewałem się dobrego apetytu ryb przed nadchodzącym ochłodzeniem, to... skoczyłem nad Ślęzę - mam tam rachunki do wyrównania W pierwszym rzucie (!) pod samymi nogami uderzył taki klenio Nie taki odpasiony jak ostatnio, ale na krótkim dyszlu pohasał Ogólnie ryby były aktywne, ale brania jak napisał oldBolo - bardzo delikatne, trudne do odróżnienia od zaczepu o zielsko. Mimo tego udało mi się wyholować kilka, jeden fajny się spiął :/ Zaliczyłem też spacer przez most na drugi brzeg rzeki po ulubionego Sendala zaczepionego o gałąź Baaaardzo fajny wieczór
  23. 14 points
    Udany wyjazd Grubasek Odysa Dziewica albo prawiczek Odysa Specjalista od kropek I ten co nie potrafi holować... A tu Odys zanurkował i coś cyknął
  24. 14 points
    Po udanym wypadzie w czwartek jeden dzień pracy i dziś powtórka ☺ Kilka fotek Lipas 36 cm
  25. 14 points
    Ostatnie dwa wieczory spędziłem przed imadłem. Z uporem maniaka staram się zapełnić nowe pudełko muszyskami. A z tyłu głowy caly czas mam... Czy dzisiejszy wypad nad wodę wypali? Czy ktoś znowu mnie przekabaci i pójdę do pracy😕 Tym razem się udało przed 7 rano termos z kawą gotowy kanapki zrobiobe! Co by nie jeść znów po drodze Hot-dogów z bułką z pazdzierza. Po drodze odstawiam Żonę do roboty i jadę po Odysa. No bo któż inny mógłby w tygidniu wyskoczyć rozprostować sznur jak nie Nauczyciel w czasie ferii.. Hehe Na miejscu jesteśmy przed 10 wita nas wiosna 8 stopni słońce zapowiada się świetny dzień. I tak kilka kilometrów w nogach zrobionych kilka ryb nie powalających z nóg złowionych, ale cieszą jak te duże w końcu środek zimy mamy tej wiosny. Po kilku godzinach spacerowania zmieniamy miejscówkę. Krótka przerwa na kawę przewiązanie zestawów i maszerujemy dalej. Odys dusi krótką nimfę A ja większość dnia z uporem maniaka łowiłem na długą nimfe i mokrą. Co dawało też fajne efekty tym bardziej że co jakiś czas dało się zaobserwować zbiórki i sporo małej jęteczki latało. Pod koniec dnia miła kropkowana niespodzianka w rozmiarach wywołujących uśmiech od ucha do ucha. I zarybiamy! Już zapomniałem jak fajne jest w środku tygodnia wyrwać się na Ryby z równie popier... Kolegą po kiju.